Wędrówka na Wschód

Z Kalwarii Zebrzydowskiej do Iwonicza Zdroju

Sierpniowy poranek pod klasztorem w Kalwarii Zebrzydowskiej. Wokół ani żywego ducha. Po krótkim pożegnaniu Magda odjeżdża w siną dal, a ja zostaję pod barokową figurą Jana Nepomucena, niezdecydowany, strapiony i już pogrążony w tęsknocie. Dopiero teraz wokół zrobiło się naprawdę pusto. Po dłuższej chwili zbieram się w sobie i powoli ruszam. Kiedy przechodzę obok kamiennych świętych stojących na filarach przed kościelnym dziedzińcem, z góry dochodzą mnie ich ściszone głosy. Ach, jaki on odważny! Lecz, czy aby mu się uda? Te upały! No i spodziewane burze! Taki młody, w taką drogę, no i na dodatek sam… Ale dokąd właściwie? Nie powiedział, niestety… Nie powiedział, bo sam dobrze nie wie.

W klasztornych krużgankach zaczepiam pierwszego napotkanego bernardyna i proszę o wpis do dzienniczka. Zakonnik odpowiada, że w zasadzie nie zajmuje się takimi rzeczami, po czym ucieka w popłochu i znika za jakimiś drzwiami, aby wrócić po chwili ze słowami, że może jednak coś napisze. Krótki wpis z życzeniami dobrej wędrówki powstaje na wielkim pulpicie w zakrystii. Widzę, jak młody bernardyn biedzi się i mozoli, zerkając co chwilę na sąsiednią stronę, na której mam już wypisane wędrówkowe błogosławieństwo od Magdy. W końcu oddaje mi notes. Mam, czego chciałem. Podchodzę jeszcze na Strońską Górę, żeby o swoim wyjściu powiadomić kamiennego Onufrego, który czuwa nad wędrowcami z tej części świata. Lepiej zabezpieczony już nie będę…

Św. Onufry na Strońskiej Górze

Beskid Makowski

W Lanckoronie przedłużenie pustki z kalwaryjskich ścieżek. Turystka z Łodzi informuje przez długość całego rynku swoją koleżankę, że tu jest tak pięknie, że jest oczarowana, i że ją to tak bardzo bierze! W pobliskiej pizzerii zaskakujący wybór włoskich napojów orzeźwiających z cytryn, pomarańczy i jeszcze czegoś.

Ruiny zamku w Lanckoronie

Myślenice. Pierwszy z serii porannych rynków. Ten konkretny trochę kiepski na upały. Jedyne zacienione miejsce jest już zajęte przez miejscowych pijaczków, którzy zbierają siły, aby przetrwać kolejny dzień. Nie mam za bardzo gdzie się podziać z moimi drożdżówkami i litrem maślanki.

Stare, sprawdzone rozwiązania

Beskid Wyspowy

Wędruje się ciężko. Słońce praży niemiłosiernie, a hektolitry wypitej wody niemal od razu spływają po ciele, nie zostawiając na drodze nawet śladu wilgoci. Na Trupielcu zaczynam podejrzewać, że Wschód może być dalej, niż mi się wydawało. Dwie godziny później na Grodzisku jestem już tego pewien. Wieczorem wtaczam się do gospodarstwa pod Diablim Kamieniem i proszę o nocleg. Gospodarstwo należy do Franka i jego mamy. Przed domem figura Jezusa. Kiedyś stała na pobliskich skałkach. Zniszczona przez wandali, uratowana przez Franka. Na werandzie figura Matki Bożej w girlandzie ze sztucznych kwiatów, z aureolą ze światełek. Uratowana z pobocza drogi. Na ścianach obrazy Franka. Jezus, Ostatnia Wieczerza, kopie klasyków. Na ławeczce pod winoroślą opowieści o pustelnikach (przy Diablim Kamieniu jest pustelnia), o licznych braciach gospodarza, o jego obrazach, które rozjechały się po świecie od Szczyrzyca po Kanadę. Sok porzeczkowy. Z balkonu piękny widok na Śnieżnicę. W nocy pulsująca lampka-solar, której nijak nie można wyłączyć, oświetla coraz to innymi kolorami jeden z frankowych obrazów. Na wymalowanej z fantazją kompilacji rubensowski Satyr podgląda zatzkowskie Nimfy tańczące w świetle księżyca.

Drewno, szkło i niebo

Między Pasierbicką Górą i Kamiennikiem dopada mnie burza. Siedzę w drewnianej wiacie i łapię deszczówkę. Zastanawiam się, skąd ten dziwny posmak. Może czysta, burzowa deszczówka tak właśnie smakuje? Po chwili odkrywam, że woda spływa po dachu impregnowanym jakimś świństwem. Zastanawiam się, ile tego wypiłem i czy to już wystarczy, żeby sobie zaszkodzić.

Pogórza

Śniadanie na stopniach kościoła w Rajbrocie. Kefiry, konserwy, napoje zimne w wielkim wyborze. Z kościelnego muru parzą na mnie kamienni święci. Dopiero ósma rano, ale w powietrzu unosi się już intensywny zapach rozgrzanego drewna. To będzie dzień zapachów. Przyprawiający o zawrót głowy zapach ziół na dzikich łąkach pod Dominiczną Górą. Zapach wody ze źródła przy pustelni świętego Urbana. Zapach kawy w Czchowie, pierwszej od trzech dni. Potem uroczysty przemarsz przez zaporę na Dunajcu. W dole stado wielkich karpi, z których przynajmniej jeden uporczywie się we mnie wpatruje. Pogórze Rożnowskie. To już jest dosyć daleko od Kalwarii, ale chyba jeszcze nie Wschód.

Dunajec w Czchowie

Po kilku dniach spędzonych na szlaku nareszcie przełączam się na pełny tryb wędrówkowy. W głowie jest już przyjemny natłok obrazów i wspomnień. Mija początkowa histeria z fotografowaniem i opisywaniem wszystkiego. Mam też pierwsze naprawdę ciekawe spostrzeżenie. Otóż, wydaje mi się, że w sposób szczególny zaginam czasoprzestrzeń. Nie można w inny sposób wytłumaczyć faktu, że w Czchowie GPS pokazał sto dwadzieścia kilometrów, podczas gdy według skrupulatnych wyliczeń domowych do tego miejsca powinno być kilometrów sto. Nic dziwnego, że z takimi zdolnościami nie zrobiłem kariery w marszach na orientację.

Kościół w Sękowej

Deszcz na Jamnej i w Bukowcu. Siedzę w przydrożnej kapliczce i patrzę, jak strumienie wody spływają nierówną kaskadą z gontowego daszku wprost do moich stóp. Tym razem nie łapię wody do butelki. Po południu przestaje padać. Chmury powoli podnoszą się nad Pogórzem, odsłaniając widoki na długie, zalesione pasma Beskidu Niskiego. Na rynku w Bobowej nie można kupić baterii paluszków AA. Czy to już Wschód?

Wzór koronki bobowskiej na murze jednego z domów

Śniadanie pod kościołem w Szalowej. Niby jem, ale tak naprawdę oczu nie mogę oderwać od tych wszystkich świecidełek, cudów i niezwykłości. Aniołki i święci, kolumny, kolumienki, ornamenty, tysięczne drobiazgi wystrugane z drewna i wprawione w barokowy taniec. Kilometr dalej ciężka praca nad remontem linii kolejowej. Tory zniknęły. Stoję na krawędzi peronu i czuję się tak, jak musi się czuć pływak, który stanął na skraju pustego basenu. Bez tych torów stacja wygląda absurdalnie, jakby wiatr przywiał ją tutaj przez przypadek z jakiegoś zupełnie innego miejsca. Pracujący nieopodal robotnicy mają niezły ubaw. Najwyraźniej myślą, że przyszedłem na pociąg.

Kościół w Szalowej

Na samym początku Gorlic jest dzielnica Magdalena, a w niej skansen górnictwa na terenie dawnej kopalni ropy naftowej. Miejsca o takiej nazwie nie mogę pominąć. Za dziesięć złotych wynajmuję przewodnika, od którego dowiaduję się wielu ciekawych rzeczy oprócz tej jednej najważniejszej – skąd mianowicie nazwa Magdalena? Przewodnik jest wyraźnie skonsternowany. Myślę, czy nie potrącić mu z tych dziesięciu złotych. Ostatecznie ratują go opowieści o leczniczych właściwościach nafty z tutejszej ropy. Kolega przewodnika miał problem z wrzodami żołądka. Zastosował kilkumiesięczną kurację naftą (kropelka-dwie dziennie). Wrzody zniknęły. Sam przewodnik miał problem z gardłem. Kropelka, dwie nafty przez kilka dni. Jak ręką odjął. Słucham tych historii i cały czas myślę o wodzie, którą łapałem w szałasie pod Kamionną kilka dni temu. Czym ten dach był pociągnięty?

Skansen w Gorlicach

Beskid Niski

W Męcinie pierwsza cerkiew grekokatolicka i pierwszy stary cmentarz łemkowski. Ogarnia mnie ekscytacja. Czy to już Wschód? Ale przecież we Wrocławiu i w Szczecinie też są cerkwie, i cmentarze z nagrobkami ze skośną belką pewnie też. Nie ma się jeszcze z czego cieszyć…

Cmentarz łemkowski w Męcinie

Rano stoję pod skałami niedaleko Myscowej i patrzę na miejsce, gdzie jeszcze przed chwilą był rozwieszony mój hamak. Zastanawiam się nad tym, co górnolotnie można by nazwać istotą wędrówki, a zupełnie przyziemnie – pytaniem, po co właściwie idę? Po co idę, skoro wolę siedzieć w domu i czytać książki? Trzeba uwolnić koczownika – podpowiada głos z tyłu głowy. Raz na jakiś czas po prostu trzeba uwolnić koczownika, bo inaczej człowiek zwariuje. Nie jest to wiedza powszechna, dlatego tak wielu wokół wariatów. Uwolnienie koczownika oznacza brak przywiązania, choćby przez krótki czas. Jednego dnia zamykam drzwi hotelu. Następnego mówię `Do widzenia` gospodarzowi. Jeszcze kiedy indziej zwijam hamak rozwieszony między drzewami. Odchodzę, i nic mnie już z tymi miejscami nie łączy, prócz kilku wspomnień. Wszystkie wędrówki, obozy wędrowne, pielgrzymki, to w gruncie rzeczy nazwane w różny sposób, pod taką czy inną przykrywką uskuteczniane – uwalnianie koczownika.

Uwalnianie koczownika

Rynek w Dukli, wieczór. Iluminacja bardzo oszczędna, kilka wątłych latarni i rozproszone światło dobiegające z okien. W półmroku grupki młodzieży naradzają się szeptem, co by tu zrobić i dokąd iść. Wieczorem w Dukli możliwości wyczerpują się szybko. Jest kebab, lokal w ratuszu i sklep spożywczy. Z tego, co widzę, przeważnie wygrywa kebab.

Cerkiew w Chyrowej

Rynek w Dukli, rano. Jem śniadanie na schodach piekarni. Kefir i gorące drożdżówki, z których jabłko w cieście francuskim zdecydowanie na tak. W tym czasie Rynek powoli objeżdża ogromne audi na austriackich numerach. Z klimatyzowanego wnętrza na świat zerkają dystyngowani państwo. Przy mnie audi zwalnia jeszcze bardziej. Zostaję zarejestrowany jako element egzotycznego, miejscowego krajobrazu. Samochód bezszelestnie odjeżdża, a mnie na tych schodkach nachodzi myśl, że chyba dotarłem na miejsce. Że było już wprawdzie kilka Wschodów po drodze: Czchów, Bobowa, Męcina, ale Dukla to jest dokładnie ten Wschód, do którego wędrowałem w tym roku.

Kościół klasztorny bernardynów w Dukli

Została jeszcze runda honorowa przez Cergową do Iwonicza Zdroju. Tam zostaję skonfrontowany z atmosferą uzdrowiskową. Wchodzę z dumnie podniesioną głową na starannie utrzymany deptak – ja, wspaniały piechur, pielgrzym, co to w upale i mękach przez trzysta kilometrów i… nic. Nie zostaję zauważony. Wokół spokój i bezruch. Rozmowy o tym, że seans filmowy przesunięto z piętnastej na szesnastą i że pan Henryk niepotrzebnie się spieszył. Że w sanatorium X jedzenie jakby lepsze i jakby więcej niż w Y. I że za trzydzieści złotych warto pojechać na wycieczkę do Sanoka. Ktoś w końcu zagaduje: a Pan to z daleka z tym plecakiem? Odpowiadam z namaszczeniem, że z Kalwarii Zebrzydowskiej. Starszy pan przez chwilę drapie się po łysinie, po czym pyta niezmieszany: a to jest jeszcze w świętokrzyskim?

Skansen w Gorlicach raz jeszcze


Eksportuj jako KML dla Google Earth/Google MapsOtwórz niezależną mapę w trybie pełnoekranowym
Kalwaria Zebrzydowska-Iwonicz Zdrój

ładowanie mapy - proszę czekać...

km | | +m | pobierz plik GPX pobierz plik GPX
Kalwaria Zebrzydowska-Iwonicz Zdrój: 49.761752, 20.319214

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *