Roczne archiwum: 2018

Pogranicze

Na leśno-łąkowym pustkowiu za Wólką Żmijowską szukam śladów dawnej osady. Śladów nie ma, kuszą za to stojące w pobliżu graniczne słupy. Podchodzę chyłkiem w ich stronę, czując, jak we krwi coraz bardziej buzuje adrenalina. Ekscytacja jest tak wielka, jak ongiś, podczas wycieczki szkolnej na Czantorię, kiedy kilku z nas zdobywało szlify prawdziwego mężczyzny, łamiąc wszelkie zakazy i przechodząc na kilka kroków w głąb terytorium bratniej Czechosłowacji. Trzydzieści lat później ta sama adrenalina powoduje, że mój umysł cofa się do poziomu średnio rozgarniętego uczniaka. Dobry los czuwa jednak nade mną i pozwala wrócić w głąb rodzimego kraju w stanie nienaruszonym. W tym samym czasie lotny patrol Straży Granicznej przesłuchuje czekającą na mnie nieopodal Magdę. Skąd? Dokąd? Na jak długo? Po co właściwie? A czy na pewno po to?

Czytaj dalej

Edward

Wszystko to wyjątkowo podejrzane, jeśli mam być szczery. Edward zjawił się u nas w drugą niedzielę lutego, w późnych godzinach wieczornych. Przyszedł z zachodu, i tyle o nim wiemy. Wychynął z ciemności niczym siedem znękanych nieszczęść. Zrobił to dokładnie w tym samym czasie, kiedy Magda wracała ze spaceru z Miłką i była już właściwie jedną nogą w domu. Ani sekundy wcześniej, ani sekundy później. Cóż za zbieg okoliczności, można by powiedzieć… Kiedy Edwarda zobaczyłem (a wtedy jeszcze nie był to Edward, tylko pies przybłęda), wpadłem oczywiście w panikę. Zaraz też przypomniałem sobie, że w lesie, po którym biegam, wisi ogłoszenie z kategorii zaginął pies, i że to na pewno o tego psa chodzi. Biegnę więc do lasu, włączam czołówkę, wyciągam telefon, żeby spisać numer. Czytam. Zaginęła suczka Sisi, sierść długa, czarna. Wszystko jest na zdjęciu. I nic się nie zgadza. Edward, to znaczy na razie jeszcze pies przybłęda, jest psem, z sierścią krótką, raczej nie czarną. Czytam jednak jeszcze raz, tym razem powoli, kombinując przy tym rozpaczliwie, czy Edwarda nie da się jakoś podciągnąć pod Sisi. Ale nie. Wracam do domu rozmyślając o tym, jakże ciężko mnie życie doświadcza. I o tym, że wystarczy tylko na chwilę zachorować i poprosić najbliższą osobę o zastępstwo na psim spacerze, żeby człowiekowi dodatkowa psiarnia na głowę się zwaliła. Jeszcze tli się we mnie nikła nadzieja, że Edward przemyślał sprawę i sobie poszedł. Ale nie. Został. Chyba na dłużej. Teraz jest wtorek, szósty dzień marca. Od godziny E minęły prawie cztery tygodnie. Edward to już Edward. Cóż mam powiedzieć. Świetny jest. Najpiękniejszy i najbardziej rozbrajający pies na świecie. W domowym zaciszu głęboko refleksyjny, chyba że akurat wgryza się w patyk. W terenie kompletny wariat. Bieganie, węszenie, skakanie. Zdecydowanie mój typ. Miłka co prawda myśli chyba o wyprowadzce, i to jest jakiś problem. Ale w końca to ona wywęszyła Edwarda w olkuskim smogu, więc w pewnym sensie sama jest sobie winna. Wszyscy będziemy musieli odnaleźć się jakoś w tych nowych czasach. W epoce edwardiańskiej.

Święto godziny

Kiedy już wyjaśniłem moje plany na piątkowy wieczór i noc, najpierw zapadła długa i wymowna cisza, a następnie Magda powiedziała: Aha, czyli zabierasz ten kawałek niedojedzonej pizzy i jedziesz do Wolbromia. I po kolejnej, jeszcze dłuższej chwili: Mam złe przeczucia. Zrelacjonuję zatem wydarzenia, jakie miały miejsce nocą z ostatniego piątku na ostatnią sobotę stycznia. Postaram się przy tym uczynić to w sposób zwięzły i zajmujący, eksponując wątki ideowe i duchowe oraz podkreślając moją dojrzałą i odpowiedzialną postawę, która zadecydowała o tym, że złe przeczucia Magdy zupełnie się nie sprawdziły.

Czytaj dalej