Święto godziny

Kiedy już wyjaśniłem moje plany na piątkowy wieczór i noc, najpierw zapadła długa i wymowna cisza, a następnie Magda powiedziała: Aha, czyli zabierasz ten kawałek niedojedzonej pizzy i jedziesz do Wolbromia. I po kolejnej, jeszcze dłuższej chwili: Mam złe przeczucia. Zrelacjonuję zatem wydarzenia, jakie miały miejsce nocą z ostatniego piątku na ostatnią sobotę stycznia. Postaram się przy tym uczynić to w sposób zwięzły i zajmujący, eksponując wątki ideowe i duchowe oraz podkreślając moją dojrzałą i odpowiedzialną postawę, która zadecydowała o tym, że złe przeczucia Magdy zupełnie się nie sprawdziły.

Zacznijmy od tego, że nie chodziło wcale o to, żeby pojechać na noc do Wolbromia z niedojedzoną pizzą, ale o to, żeby uczcić wydłużenie dnia o jedną godzinę. Aby to zrobić w godny sposób, niezbędne są trzy rzeczy. Ciastko, czas i miejsce. Z ciastkiem sprawa jest najprostsza, bo w grę wchodzi tylko czekoladowe. Z czasem jest już trochę większy problem, ponieważ ustalenie dnia, który w konkretnym miejscu Polski, na przykład w Olkuszu, jest dłuższy o godzinę od najkrótszego dnia w roku, wcale nie jest proste. Liczne dostępne w internecie kalendarze i kalkulatory astronomiczne nie są w stanie uzgodnić tej daty pomiędzy sobą w sposób jednoznaczny, wybrałem więc dzień tylko mniej więcej właściwy. Element trzeci, to znaczy miejsce obchodów, jest oczywisty, jeżeli mieszka się na Jurze. Gdzie bowiem można tutaj obchodzić Święto Godziny, jeśli nie na Skałach Zegarowych? Żeby wzmocnić symboliczną obecność elementu czasu, zabrałem ze sobą nasz antyczny, wolny budzik (wolny nie dlatego, że powoli chodzi, ale dlatego, że tylko go nakręcamy, nie ustawiamy natomiast nigdy godziny, dzięki czemu budzik chodzi sobie tak, jak chce). A ponieważ kolejny, setny albo tysięczny przemarsz w stronę Skał Zegarowych z Jaroszowca albo Ryczówka byłby nudny, postanowiłem tym razem maszerować z Wolbromia, co wydało mi się pomysłem zupełnie nowatorskim.

Przemarsz ten okazał się zresztą nie tylko nowatorski, ale i całkiem przyjemny. O godzinie dwudziestej pierwszej noc od dawna skrywała już wszelkie wolbromskie niedoskonałości, zaś piątkowe życie towarzyskie z powodu niskich temperatur zaszyło się w ciepłych murach mieszkań, domów i lokali. Jedynie na rynku dwóch młodych mężczyzn zażarcie próbowało coś sobie wytłumaczyć, nie zważając zupełnie na warunki pogodowe. Obydwaj ubrani w koszulki z krótkim rękawkiem i kompletnie pijani, choć na tyle jeszcze świadomi, że zdawali sobie sprawę z konieczności podtrzymywania się nawzajem, bo jeśli jeden wypuściłby z objęć drugiego, to razem zwaliliby się na twardy wolbromski bruk. W ich sporze chodziło chyba o to, że jeden z nich nie spodziewał się, że ten drugi coś takiego mu powie, i że on nigdy mu tego nie wybaczy, bo gdyby to jeszcze powiedział Adrian, to on by to zrozumiał, ale to nie był Adrian, tylko właśnie ten drugi, i tego po prostu nie można zapomnieć. W tak dramatycznych okolicznościach pojawienie się na rynku mojej osoby nie zostało nawet zauważone i przeszło zupełnie bez echa.

Wolbrom opuszczałem ulicą Zabagnie Radocha. Nim zabrałem się na dobre do roztrząsania, dlaczego Radocha i z czego tu się w ogóle cieszyć, sprawa wyjaśniła się sama. Za rogiem jednego z domów przy zupełnie podrzędnej wolbromskiej ulicy ukazały się trzy ustawione w równym rzędzie automaty z kawą, napojami i słodyczami. Dwa z nich działały. Widok zupełnie abstrakcyjny, ale niespodzianka w postaci gorącej kawy w mroźny wieczór – zupełnie realna. Sama radość.

Ciąg dalszy wędrówki prowadził spokojnymi opłotkami Dłużca i Kąpieli. Księżyc wzbił się na czyste niebo w dwóch trzecich swojej pełnej okazałości, co wystarczyło, żeby jasna poświata zalała pola pokryte cienką warstwą zmrożonego śniegu. Plany na nocleg miałem nieokreślone. Skały Zegarowe odpadały, bo w tamtejszej Jaskini Jasnej na ścianie wymalowany jest diabeł, a na szczycie stoi (a przynajmniej ostatnio stał) drewniany krzyż umazany czerwoną farbą, na podobieństwo krwi, jak sądzę. Rozbijanie namiotu w polu też odpadało ze względu na ziemię zmrożoną na kość. Na szczęście akcja toczy się na Jurze, gdzie o jaskinię nietrudno. A po drodze była inna Jasna, ta pod Strzegową, w klimacie swoim bardzo przyjemna, mało straszna i zaskakująco czysta.

Świeczkę zostawiłem zapaloną. Cienie pełzały po ścianach i było trochę demonicznie, ale nie odważyłem się jej zgasić. Nocą odgłosy wody kapiącej ze stropu, psów szczekających we wsi, szczekanie saren ganiających po polach i krzyki bliżej niezidentyfikowanego ptaka. Gdzieś w tle cichutkie tykanie wolnego, antycznego budzika. Około drugiej nad ranem pojedynczy, wyraźnie zaskoczony kogut. O siódmej rano kuranty z wieży kościelnej w Strzegowej.

W sobotę dzień wstał paskudny. Bez wschodu słońca, mglisty, wilgotny, z oblodzonymi ścieżkami. Kiepskie warunki na imprezę, ale wdrapałem się na Zegarowe, spożyłem ciastko i wypiłem herbatę, a zimie powiedziałem, że jest już właściwie skończona, co w tej scenerii nie brzmiało chyba specjalnie przekonująco.

Droga powrotna. Na Biśniku kowalik rozbrajał mały orzeszek upakowany w załamanie kory dębu. Orzeszek bez przerwy spadał na ziemię, kowalik za nim zlatywał, zabierał do dzioba, wracał w to samo miejsce, i znowu próbował go rozbroić. I tak w kółko. Przypomniał mi się Wiewiór z Epoki Lodowcowej. Stałem tam dobrą chwilę, ale nic nie wskazywało na to, że sprawa rychło się zakończy. Kowalik miał na rozbrajanie orzeszka cały dzień, a ja chciałem dotrzeć do Golczowic na autobus przed pierwszą.

Pisane czwartego lutego. W Olkuszu dzień dłuższy od najkrótszego dnia w roku o około 1 godzinę i 26 minut.

Największą, a przy tym zupełnie niespodziewaną atrakcją imprezy okazał się nocleg w Jaskini Jasnej

Sobotni poranek, tuż po kurantach z kościoła w Strzegowej

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *