Pogranicze

Na leśno-łąkowym pustkowiu za Wólką Żmijowską szukam śladów dawnej osady. Śladów nie ma, kuszą za to stojące w pobliżu graniczne słupy. Podchodzę chyłkiem w ich stronę, czując, jak we krwi coraz bardziej buzuje adrenalina. Ekscytacja jest tak wielka, jak ongiś, podczas wycieczki szkolnej na Czantorię, kiedy kilku z nas zdobywało szlify prawdziwego mężczyzny, łamiąc wszelkie zakazy i przechodząc na kilka kroków w głąb terytorium bratniej Czechosłowacji. Trzydzieści lat później ta sama adrenalina powoduje, że mój umysł cofa się do poziomu średnio rozgarniętego uczniaka. Dobry los czuwa jednak nade mną i pozwala wrócić w głąb rodzimego kraju w stanie nienaruszonym. W tym samym czasie lotny patrol Straży Granicznej przesłuchuje czekającą na mnie nieopodal Magdę. Skąd? Dokąd? Na jak długo? Po co właściwie? A czy na pewno po to?

Przemykamy przez lubaczowskie pogranicze w kwietniu. Wiosna, zapowiadana od dawna, staje się właśnie faktem. Wszystko dzieje się szybko, gwałtownie. Wracamy do miejsc, które odwiedziliśmy dzień, dwa dni wcześniej, i nie poznajemy ich. Świeża zieleń rozlewa się jak oceaniczny przypływ po krajobrazie, który nabiera w tej okolicy niezwykłego rozmachu, zanim odbije się ostatecznie od pasa granicznej drogi.

Te puste osady, z których ludzi wygnała wojna i wzajemna nienawiść, są już dzisiaj tylko wspomnieniem. Austriacka mapa z przełomu XIX i XX wieku aż tętni życiem wiosek i przysiółków, które rozpychają się na niej tak, że w niektórych miejscach kartografowie mieli problem z pomieszczeniem nachodzących na siebie nazw. Nie zostało z tego nic. Na miejscu osad wyrósł las. Po układzie dróg, zwartości drzewostanu, po starych drzewach przy nieistniejących traktach, po regularnych zagłębieniach w ziemi albo po prostu intuicyjnie wyczuwa się czasem, że tu, w tym miejscu, coś chyba było. Najtrwalsze okazały się kapliczki i krzyże. Te ostatnie, z bruśnieńskiego warsztatu kamieniarskiego, pozbawione osadniczego kontekstu, wyrastają w miejscach najbardziej nieprawdopodobnych. Zastępy smutnych, opuszczonych Jezusów koczują po lesie, radząc sobie lepiej lub gorzej z upływem czasu, pogodą i z wszelkimi przypadłościami dzikiego, leśnego życia. Niektóre są odnowione, ale te, które nie miały szczęścia do ludzkiej pomocy, smutnieją coraz bardziej, trzymają się kurczowo przewróconych krzyży, potem tracą rączki, nóżki i główki, aż końcu znikają bezpowrotnie z tego świata.

Jest jeszcze fenomen pogranicznego uzdrowiska, w którym kwaterujemy. Uzdrowisko jest niewielkie, ale nawet poza sezonem tętni życiem za sprawą dziarskich kuracjuszy, którzy zjeżdżają tutaj z całej Polski. Po wyczerpujących, trwających przez większość dnia zabiegach leczniczych, każdego wieczoru pogodni ci ludzie maszerowali niestrudzenie na szalony dancing organizowany w pewnej kultowej restauracji. Koniec dancingu nie oznaczał przy tym końca zabawy. Przez długi czas po zamknięciu ostatniego lokalu, po parku zdrojowym niosły się odgłosy rozmów poważnych i wesołych, a grupy, grupki i pary ciągnęły ulicą Sanatoryjną na swoje kwatery jeszcze do późnych godzin nocnych. Wszystko to wymagało końskiego zdrowia, zważywszy, że następnego dnia po wczesnym śniadaniu następowała kolejna seria wyczerpujących zabiegów leczniczych, po których odbywał się kolejny dancing… Wieczorne odgłosy przebojów z lat bardzo odległych stały się częścią naszego pobytu tak oczywistą, że kiedy któregoś dnia ich zabrakło, poczuliśmy się nieswojo i dziwnie. Na szczęście okazało się, że to tylko wymiana turnusów. Następnego dnia w całej okolicy pojawiły się świeżo rozlepione ogłoszenia z informacją o wieczorku zapoznawczym w pewnej kultowej restauracji…

Jedna myśl nt. „Pogranicze

  1. k

    Dziękuję za kolejną fascynującą podróż do miejsc zapomnianych, acz pięknych…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *