Archiwum kategorii: Inne miejsca

Miechówka

Jeszcze rok temu wyglądała jak starożytna gontyna tkwiąca w samym środku pól. Pokrzywiona i pochylona, sprawiała wrażenie, jakby stała tutaj od zawsze. Przejeżdżałem wtedy obok niej samochodem i jak to często bywa w takich przypadkach, nie chciało mi się zatrzymywać. Od tamtego czasu przy kapliczce pojawiło się ogrodzenie z betonowych prefabrykatów. Jego brzydota przelała się na budowlę, która wygląda teraz mniej starożytnie, za to bardziej ruderalnie. Zresztą z tą starożytnością to też naciągana sprawa, bo kapliczki nie ma nawet na mapach z pierwszej połowy XX wieku.

Na pierwszy rzut oka duch uleciał już z tego miejsca. Jedyne, co jeszcze można tu robić, to kontemplować szczegóły. Drewniane, pokrzywione drzwi zawieszone na wygiętych finezyjnie zawiasach i zamykane na druciany haczyk. Drewniany krucyfiks w szczycie. Wewnątrz na ścianach zestaw świętych obrazków. Drewniana podłoga z desek, które uginają się przy każdym kroku. W stropie okrągły otwór, więc może kiedyś na dachu była wieżyczka z sygnaturką. Zamknąłem się na chwilę w środku, żeby posłuchać. W marcowym wietrze kapliczka chwiała się delikatnie i skrzypiała. Ze stropu posypały się drobne trociny. Pod deskami podłogi coś zaszurało. Wokół na chwilę uniósł się zapach drewna i starych ziół. Może jednak z tym duchem nie jest do końca tak, że wyfrunął w siną dal? Może zaszył się tylko głębiej w tych starych deskach? Minęło kilka dłuższych chwil, a mnie jakoś nie chciało się stamtąd wychodzić…

Czytaj dalej

Opuszczone nad Dubiem

Do opuszczonego gospodarstwa prowadzi niewyraźna ścieżka ze skrzyżowania dróg w centrum Dubia. Najpierw kilkadziesiąt metrów przez pola, do skraju lasu. Potem jeszcze chwilę przez las. Gospodarstwo, czy też miniaturowy przysiółek, zajmuje zarastająca polanę pod szczytem Łysej Góry. Ludzie, kiedy tu jeszcze mieszkali, mieli stąd piękny widok na południe, na dolinę Rudawy, na grzbiet Tenczyński, może także na góry. Przysiółek nie jest szczególnie stary, pojawia się dopiero na mapie z 1907 roku. Mieszkańcy opuścili go pewnie w drugiej połowie XX wieku, gdy tuż za ich plecami zaczął dudnić kamieniołom w Dubiu. Pewnie nie mieli innego wyjścia, tylko odejść…

Czytaj dalej

Koniec roku pod Dębnikiem

Zima jest dokładnie taka, jak lubię. Mróz, błękitne niebo i całkowity brak śniegu. W zamarzniętych kałużach na drodze do starego kamieniołomu mienią się uwięzione w lodzie drobiazgi. Liście, liści ogonki i skrawki, kamyki małe i bardzo małe, powietrzne baloniki nakryte przez mróz znienacka, zamknięte w chwili być może krępującej, a teraz wystawione na widok publiczny niczym ekspozycja w muzeum sztuki abstrakcyjnej. Będą tkwić w tej niekomfortowej sytuacji tak długo, aż jakiś litościwy front atmosferyczny zamieni świetlistą wystawę w kałużę brunatnego błota.

Czytaj dalej

Chłop Ołp na wzgórzu 363

Chłop Ołp z Ołpin przyszedł tu kiedyś i przepadł. W niedzielę chciał w polu pracować, wyobraźcie to sobie. Dwa, może trzy snopki zdołał postawić i tyle go widzieli. Pogórzański Kusy, bratanek diabła, na co dzień leniwy i nieszkodliwy – ot, tyle tylko, żeby pijanego zrzucić z mostu albo chłopem kradnącym drewno w pańskim lesie zakręcić, tym razem wpadł w prawdziwy gniew. Kraść drewno albo upić się czasem – to jedno, ale żeby w niedzielę w polu pracować? Ołp sam się o to prosił. A teraz znikł. Ale nawet bez niego tłoczno jest na wzgórzu 363. Od północy stoi cmentarz z pierwszej wojny. Od południa był kiedyś jeszcze jeden, ale nawet ślad po nim nie został. Urządzono go obok starego kirkutu, żeby pochować żydowskich żołnierzy z armii austro-węgierskiej. Kirkut też już nie istnieje. Po drugiej wojnie rozebrali go miejscowi, bo kamień z macew był dobry na fundamenty i schody. Dopiero ostatnio pewien miłośnik historii zebrał po gospodarzach fragmenty macew i z pomocą gminy zwiózł je z powrotem na stare miejsce. Nie ma tego wiele. Wyżej stoi jeszcze w środku pola krzyż na miejscu starego cmentarza cholerycznego. Całe to wzgórze ze swoją niepokojącą zawartością zabezpieczone jest ze wszystkich stron linią obronną poświęconych miejsc. Na północy – kościół parafialny w Ołpinach. Od południa, południowego wschodu i zachodu – rozłożony niczym wachlarz łańcuszek śródpolnych kapliczek: Sikorówka, Podlesie, Granice. A Ołp, wiedząc przecież, co to za miejsce, tej jednej niedzieli jakby rozum stracił. Był chłop – nie ma chłopa.

Aniołek z Dobczyc

Jedziemy do Dobczyc po ceramicznego aniołka z torebką. Aniołek mógłby co prawda sam do nas przylecieć, ale jakoś nie wypada takiego młodego i nieopierzonego skrzydlaka w pojedynkę wyprawić w tak długą podróż. Naiwne to, świata nie zna. Gdzieś się zapodzieje, coś go skusi i zamiast do nas trafi pod jakiś obcy dach. Więc jedziemy. Jest trzeci maja. Wszystko kwitnie, pachnie i się zieleni. Śmieci posprzątane, a przynajmniej pochowane po kątach. Chorągiewki, flagi i znicze. Strażacy w galowych mundurach. Lśniące trąby, kościelne dzwony. Harcerze za grosze sprzedają dobre ciasto. Ułani popisują się na zielonej łące. Nasze najbardziej udane święto narodowe. Uchwalenie Konstytucji na początku maja to był naprawdę świetny pomysł. Przedpołudniowy rekonesans po mieście wypada pomyślnie. Zamek i skansen na górce, Florian na Rynku, dwa stare cmentarze, dwa kamienne krzyże przy bocznych uliczkach. Na Grodziskach znajdujemy wbity w pole mały krzyżyk zrobiony z fragmentów wielkanocnej palmy. To na urodzaj. I gradowi ku przestrodze. Czytałem, że dawniej tak się robiło. Widać w Dobczycach dalej jest dawniej. W samo południe w skansenie zaczyna się impreza plenerowa. Nasz aniołek przyjechał pod opieką znajomej artystki, co glinę gniecie, urabia, wypala i maluje. Mieliśmy tylko odebrać, ale zanim się obejrzałem, Magda siedziała już pod jakąś szopą, w grupie rozgadanych przedszkolaków, ubabrana po łokcie w glinie i bardzo szczęśliwa. To się nazywa warsztaty. Po dwóch godzinach wyszło z tego całkiem zgrabne drzewko z ptaszkiem, które będzie można chyba powiesić na ścianie. Po wypaleniu. I po pomalowaniu. No, nie wiem. Ja tam wziąłbym się od razu do lepienia miski. I łyżki do tej miski. Ale to przez to, że zabraliśmy za mało kanapek…