Archiwum kategorii: Małe przygody

Edward

Wszystko to wyjątkowo podejrzane, jeśli mam być szczery. Edward zjawił się u nas w drugą niedzielę lutego, w późnych godzinach wieczornych. Przyszedł z zachodu, i tyle o nim wiemy. Wychynął z ciemności niczym siedem znękanych nieszczęść. Zrobił to dokładnie w tym samym czasie, kiedy Magda wracała ze spaceru z Miłką i była już właściwie jedną nogą w domu. Ani sekundy wcześniej, ani sekundy później. Cóż za zbieg okoliczności, można by powiedzieć… Kiedy Edwarda zobaczyłem (a wtedy jeszcze nie był to Edward, tylko pies przybłęda), wpadłem oczywiście w panikę. Zaraz też przypomniałem sobie, że w lesie, po którym biegam, wisi ogłoszenie z kategorii zaginął pies, i że to na pewno o tego psa chodzi. Biegnę więc do lasu, włączam czołówkę, wyciągam telefon, żeby spisać numer. Czytam. Zaginęła suczka Sisi, sierść długa, czarna. Wszystko jest na zdjęciu. I nic się nie zgadza. Edward, to znaczy na razie jeszcze pies przybłęda, jest psem, z sierścią krótką, raczej nie czarną. Czytam jednak jeszcze raz, tym razem powoli, kombinując przy tym rozpaczliwie, czy Edwarda nie da się jakoś podciągnąć pod Sisi. Ale nie. Wracam do domu rozmyślając o tym, jakże ciężko mnie życie doświadcza. I o tym, że wystarczy tylko na chwilę zachorować i poprosić najbliższą osobę o zastępstwo na psim spacerze, żeby człowiekowi dodatkowa psiarnia na głowę się zwaliła. Jeszcze tli się we mnie nikła nadzieja, że Edward przemyślał sprawę i sobie poszedł. Ale nie. Został. Chyba na dłużej. Teraz jest wtorek, szósty dzień marca. Od godziny E minęły prawie cztery tygodnie. Edward to już Edward. Cóż mam powiedzieć. Świetny jest. Najpiękniejszy i najbardziej rozbrajający pies na świecie. W domowym zaciszu głęboko refleksyjny, chyba że akurat wgryza się w patyk. W terenie kompletny wariat. Bieganie, węszenie, skakanie. Zdecydowanie mój typ. Miłka co prawda myśli chyba o wyprowadzce, i to jest jakiś problem. Ale w końca to ona wywęszyła Edwarda w olkuskim smogu, więc w pewnym sensie sama jest sobie winna. Wszyscy będziemy musieli odnaleźć się jakoś w tych nowych czasach. W epoce edwardiańskiej.

Sprawy na śniegu

Tropimy. Linijka, aparat, gps. Arkusz mapy z wyznaczonymi trasami. Plecy zgięte, nos przy ziemi, wzrok utkwiony w białym. A sprawy na śniegu są powikłane i niejednoznaczne. Na stokówce pod Otrytem wilk udaje rysia. Na tej samej drodze, kilka kilometrów wcześniej, w cienkiej warstwie świeżego śniegu pojawiają się znienacka tropy niedźwiedzia. Zwierzę maszerowało tędy przez chwilę, całkiem niedawno, po czym znikło. Nie ma śladów na lewo, nie ma na prawo. Paralotniarz? Gdzieś pomiędzy tymi dwoma zdarzeniami, matka niedźwiedzica przekracza wciąż tę samą, prawdopodobnie najdłuższą stokówkę na świecie. Próbują za nią nadążyć dwa niedźwiadki, które wcześniej sturlały się chyba ze stromego stoku, zostawiając za sobą przetarte w śniegu rynny, od których prowadzą dalej drobne (!), misiowe tropki (!).

Czytaj dalej

Klątwa Małego

Odkąd pamiętam, moje stosunki z Małym Szlakiem Beskidzkim układały się źle. Wzajemne uprzedzenia o niejasnej genezie narastały stopniowo przez długie lata, aby przerodzić się w końcu w otwartą wrogość. Przykładowo, ja uważałem zawsze, że ten szlak ma żenujący kształt. Ani to pętla, ani trawers. Gigantyczny hak, który od Straconki do Myślenic biegnie mniej więcej prosto, a potem zakręca w stronę Mszany i w końcu urywa się na Luboniu w sposób zupełnie absurdalny. Bez względu na to, czy pójdzie się z Bielska, czy z Lubonia, w pewnym momencie i tak trzeba ZAWRÓCIĆ, co jest deprymujące i demobilizujące. A poza tym – co to jest Mały, kiedy już się przeszło Główny Beskidzki?

Mały na to, że skoro tak, to on nie da mi się przejść. Nie przejdę, chyba, że po jego trupie. Próbowałem w 2010. Nie wyszło. Dopóki szedł ze mną Konrad, nie było najgorzej. Ale potem załamanie, kryzys i ewakuacja z Myślenic. Kilka dni później próbowałem uratować twarz, pisząc tekst pod tytułem Trzy doliny, który był próbą zatuszowania klęski i wmówienia sobie, że wszystko od początku do końca było zaplanowane. A Mały o mnie pamiętał. I czekał. Kiedy ruszyłem w sierpniu ubiegłego roku, nie chciał mnie nawet dopuścić na Luboń, czyli na miejsce startu. Ledwie się na tę górę dowlokłem z Naprawy. Po drodze (a nie było tego więcej niż pięć kilometrów) przeżyłem załamanie nerwowe i fizyczne. Nic mi się nie podobało. Nigdzie nie chciałem iść. Godziny mijały, a mnie wcale nie było lepiej. Kiedy doczołgałem się na dworzec PKS w Mszanie, z drugiej strony na rozgrzaną asfaltową płytę wtaczał się właśnie autobus do Krakowa. Klimatyzowany. Pusty.

Czytaj dalej

Buczek mgłowy

Buczek mgłowyChłopak z Wyżyn przyjeżdża nad morze nie pierwszy już raz. Wydaje mu się, że sporo o morzu wie, bo przecież tu kiedyś plażował, tam się przechadzał, gdzie indziej jeszcze coś z piachu wykopał. Pierwszego dnia pobytu kupuje Chłopak z Wyżyn mapę najbliższej okolicy i od razu trafia na topograficzny rarytas. Z mapy wynika, że całkiem nieopodal stoi na brzegu morza buczek mgłowy. Chłopakowi od razu stają przed oczami wyżynne buki, te z Ruskich Gór i spod Jaroszowca, pod którymi on latem i zimą, na hamaku i na ściółce, za dnia i nocą niezliczone godziny szczęśliwe spędził. Więc mają tu buka tak niezwykłego – myśli Chłopak z Wyżyn – tak mianowicie w swoim rodzaju wybitnego, że był on kiedyś punktem orientacyjnym dla żeglarzy, którzy widzieli go nawet w gęstej mgle. Olśniony swym intelektem Chłopak w tej chwili nie dostrzega jeszcze całego absurdu swojego pomysłu i w gruncie rzeczy trudno mieć do niego o to pretensje zważywszy, że z absurdem od jakiegoś czasu jest mu po drodze i do twarzy. Następnego dnia Chłopak z Wyżyn wyciąga wczesnym rankiem z łóżka Dziewczynę Swojego Życia, pakuje kanapki i wodę i rusza w radosnych podskokach w stronę morza. Wybiega na plażę, z obrzydzeniem pewnym mija stojący w piachu betonowy, przekrzywiony walec i rozgląda się wokół w poszukiwaniu owego buka wspaniałego, którego w tych stronach niepoważnych pieszczotliwie buczkiem ochrzczono. Niczego oczywiście nie znajduje, sięga więc do dobrodziejstw Wikipedii, dostępnych za sprawą podręcznego urządzenia przenośnego. Wtedy to okazuje się, że buczek mgłowy to nie jest drzewo, ale buczek dosłowny, czyli maszyna na prąd elektryczny, co buczy i buczeniem swoim dawnymi czasy ostrzegała pogubionych we mgle żeglarzy. A owa szpetna ruina tuż obok to jest zabytek szacowny, relikt wieży, na której buczek rzeczony przez lat wiele służbę swą dzielnie sprawował. Wraca teraz Chłopak z Wyżyn z miną skwaszoną na przytulną kwaterę udając, że wcale nie jest zaskoczony i przez następne dni rozmyśla tylko o tym, że morze jest jednak dziwne.

Wyspy Skarbów

W jednej z kluczowych scen serialu Piraci kapitan Flint zakopuje na bezimiennej wyspie skrzynię wypełnioną hiszpańskim złotem. Zagubione na Karaibach miejsce to nic innego, jak Wyspa Skarbów z powieści Stevensona, która stała się źródłem popkulturowego mitu pirackiego i ponadczasowych marzeń o odnalezieniu bogactwa ukrytego w wielkiej skrzyni. Obejrzałem serial, przeczytałem książkę i zacząłem rozmyślać o lokalnych wyspach skarbów, o które otarłem się w ostatnim czasie. Pomijam miejsca typowe takie jak ruiny zamku w Rabsztynie, podziemia pod Olkuszem czy studnia przy nieistniejącej karczmie w Olewinie. Mniej oczywista jest na pewno kapliczka w Ostrężnicy. Miejscowi są zgodni co do tego, że budowla stoi w miejscu, gdzie niejaki Jędrzej Lasoń odnalazł skarb. Kto go tam ukrył? Być może żyjący kilkadziesiąt lat wcześniej sołtys Józef Stryczek, który nie zważając na kwestie patriotyczne, ograbił do spółki z innymi chłopami oddział powstańców styczniowych. Taka historia posiada pozory spójności. W 1863 roku Stryczek zagarnia powstańczą kasę. Część skarbu trwoni na niewyszukane uciechy, część ukrywa. Tę część odnajduje pod koniec wieku Lasoń. W miejscu znaleziska staje kapliczka. Otwarte pozostają pytania: jak dużą część skarbu ukrył Stryczek i czy Lasoń odnalazł wszystko?

Ale to jeszcze nie koniec. Zupełnie nieznana mi wcześniej wyspa skarbów wychynęła niedawno z oparów porannej mgły na północ od Jangrotu. Kilka dni temu w małym zagajniku przy Lesie Michałowiec szukałem banalnej, niemieckiej komory kablowej z drugiej wojny światowej. Rower zostawiłem nieopodal, przy polnej drodze. W pewnym momencie widzę z daleka, jak zatrzymuje się przy nim samochód, z którego wysiada mężczyzna w gumofilcach, kufajce i berecie z antenką. Podchodzę i mówię: dzień dobry! Mężczyzna odpowiada pytaniem: znalazł Pan złoto? Wybałuszam na niego oczy i wyjaśniam zgodnie z prawdą, że szukam niemieckiej komory kablowej. Mężczyzna patrzy na mnie przez chwilę w milczeniu, po czym puszcza oko i szeroko się uśmiecha. Potem opowiada mniej więcej taką historię: kiedyś, panie, polowałem w tym zagajniku. W środku nocy podjechała terenówka. Wysiedli z niej jacyś ludzie na czarno i zaczęli się kręcić po polach. Strzeliłem w powietrze, żeby ich przestraszyć, ale wtedy zaczęli iść prosto na mnie, to uciekłem. Chciałem tam wrócić z sąsiadem, ale mnie żona nie puściła. Rano dopiero pojechałem, a tu wszędzie rozkopane doły. Bo to złoto gdzieś tu, panie, jest!

Jestem pod wrażeniem. Jadę dalej przez Las Michałowiec i bardziej niż pod koła patrzę na boki, czy coś przypadkiem w krzakach nie błyska. Jeszcze później rozmawiam z podleśniczym z Cieplic i po tej rozmowie sytuacja się nieco wyjaśnia. W całej sprawie chodzi o złoto żydowskie. A konkretnie o złoto Żydów z Wolbromia, którzy w czasie drugiej wojny podczas ucieczki przed Niemcami podobno zakopali swoje bogactwa gdzieś w okolicy. Wieść gminna głosi przy tym, że nie podobno, ale na pewno, co zgodne jest z powszechnym u nas przekonaniem, że każdy Żyd zostawia za sobą złoty ślad. Nie może być inaczej. I dlatego miejscowi i przyjezdni od dziesięcioleci szukają, kopią i ryją, czyniąc to tak zapamiętale, że niedługo więcej będzie pod Jangrotem wykopów po poszukiwaczach skarbów, niż starych transzei z obu światowych wojen, a trzeba wiedzieć, że tych jest tutaj naprawdę dużo. Nikt też w okolicy nie uwierzy w chodzenie po krzakach w poszukiwaniu niemieckiej komory kablowej. Reakcją na takie wyjaśnienie może być co najwyżej szeroki uśmiech i puszczenie oka.

Wszystkie zebrane naprędce fakty pozwalają optymistycznie patrzeć w przyszłość. Koszt dojazdu pod Jangrot jest znikomy. Łopata kosztuje grosze. Jazda z łopatą na rowerze może wyglądać pretensjonalnie i obciachowo, trzeba więc doliczyć niewymierne, acz zapewne dotkliwe koszty psychologiczne. Za to dyskretny wykrywacz metalu można kupić już od pięciuset złotych. Myślę też, że do pracy najlepiej nadaje się wrzesień, czas wykopków, kiedy na polach można się zgubić w tłumie, nie budząc przy tym większych podejrzeń. Karaiby, Ostrężnica czy Jangrot – to w gruncie rzeczy jest bez znaczenia, jeśli tylko skrzynia będzie odpowiednio duża i ciężka…