Archiwum kategorii: Małe przygody

Polowanie na mamuny
Styczniowa noc pod Świniuszką

Mamuna jest to nieprzyjemny demon o posturze szpetnej kobiety niskiego wzrostu, ze zwisającym prawie do samej ziemi biustem. Wyjątkiem są mamuny ruskie, rozmiarem swoim przewyższające nawet ludzi. Tak można w każdym razie wnioskować po obejrzeniu Niebiańskich żon Łąkowych Maryjczyków. Naszą rodzimą mamunę w bardzo przekonujący sposób narysował swojego czasu znany malarz i grafik Jerzy Przybył (można ją zobaczyć wśród wielu innych bóstw słowiańskich na stronie Czesława Białczyńskiego).

Mamuna zamieszkuje miejsca odludne i dzikie, które opuszcza w sposób skryty, czyniąc to jedynie nocami. Wtedy właśnie, pod osłoną ciemności, uprawia swój niecny proceder porywania dzieci. W tym miejscu sprawa mamun łączy się z doniosłym problemem polskiej demografii. Wiadomo bowiem, że nas ubywa. A ja podejrzewam, że mamuny mają w tym swój znaczący udział.

Lud w okolicach Rodak twierdzi (a lud się nie myli…), że mamuny gnieżdżą się na górze Świniuszka. Swoją skąpą bieliznę piorą podobno w wodach wypływającego spod wzgórza potoku. Ktoś powie, że to bajki. A co w takim razie stało się z dawnym ośrodkiem kolonijnym pod Świniuszką? Wiele lat temu w każde wakacje roześmiane i beztroskie dzieci biegały za dnia po zielonej łące. A nocą… Dość powiedzieć, że ośrodka już nie ma, pozostały po nim jedynie smętne ruiny.

Jako dowód działalności demonicznej w miejscowości Rodaki, gmina Klucze, przytoczyć można też liczby. Wśród wielu różnych danych zebranych przez Główny Urząd Statystyczny, są między innymi informacje o liczbie osób w wieku przedprodukcyjnym. Owa newralgiczna grupa, będąca przedmiotem zainteresowana zarówno statystyków, jak i mamun, w 2010 roku stanowiła 17,6% ogółu ludności gminy. W latach 2011-2012 wskaźnik ten wynosił już 17,5%. W roku 2013 spadł do 17,3%, a w 2014 osiągnął niepokojący poziom 17%… Potencjalną działalność mamun potwierdzają też inne parametry, jak na przykład saldo migracji, które dla przedmiotowej gminy od lat jest ujemne. Ludzie wiedzą, albo przynajmniej przeczuwają, że coś się dzieje. I uciekają.

W tej sytuacji zapolować na mamunę jest obowiązkiem patriotycznym. Ratując kraj, ratuję przy tym także swoją emeryturę, bo kto będzie na nią pracował, jeśli poczwary z obwisłymi biustami wybiorą z kołysek zbyt wielu przyszłych podatników?

Polowałem w styczniu, zachodząc Świniuszkę od strony Ryczowa tak, by w razie komplikacji pozostawić sobie możliwość taktycznego odwrotu w Ruskie Góry, na linię wciąż jeszcze solidnie wyglądających okopów z pierwszej wojny światowej. Była to najmroźniejsza noc tej zimy, dzień lub dwa przed styczniową pełnią. Nie zdziwiło mnie zatem, że o północy nikt nie robił prania w potoku Minóżka. Przy temperaturze dużo poniżej minus dziesięć, nawet najbardziej demoniczne gacie po zanurzeniu w zimnej wodzie zamienią się w blachę. Poszedłem nieco dalej i rozpaliłem ognisko, które miało spełnić rolę przynęty. Ale ogień nikogo nie zanęcił, choć wokół w ciemności cały czas coś szurało, trzaskało, a zaryzykuję nawet stwierdzenie, że stękało. Wróciłem jak niepyszny, naokoło, żeby na wszelki wypadek zmylić tropy. Obok nieistniejącej karczmy na Wymysłowie termometr pokazał minus osiemnaście stopni…

Już po powrocie do domu odkryłem prawdopodobną przyczynę nocnej porażki. Otóż, pomimo wszystkich starań i przygotowań, jednej rzeczy nie byłem w stanie przeskoczyć. Jestem mianowicie w wieku produkcyjnym zaawansowanym – i to niestety widać, nawet w skąpym świetle ogniska. Dla siebie samego mogę być nadal atrakcyjny, dla mamun zapewne już nie. Pewnie dlatego zostawiły mnie w spokoju.

A jeśli ktoś ma jeszcze wątpliwości co do mamun, to niech zapuści się nocą w las pod Świniuszką, niech stanie o drugiej nad ranem pod jej szczytem i niech wypowie skierowane w gęstą ciemność słowa: MAMUNY NIE ISTNIEJĄ. Głośno i wyraźnie. Powodzenia…

Jan Nepomucen rzekomo odnaleziony

Niektórzy mówią, że go nie ma. Inni twierdzą, że jest, choć wyczuć można w tych słowach cień wątpliwości. Nepomucen zagubiony, Jan usilnie się ukrywający, nepomuk najwyraźniej wędrujący. W niejasnych i sprzecznych relacjach pojawia się a to pod Duchową Górą, a to na Rogozowej, a nawet gdzieś za Iwkową. Wymykał nam się długo i wytrwale. Po kilku nietrafionych akcjach poszukiwawczych zaczął powoli obrastać legendą. Będąc w jego temacie już niemal u kresu sił, wczesną jesienią zorganizowałem dwudniową wyprawę ostatniej szansy. Jeśli nie znajdę go tym razem, to nie znajdę już nigdy.

Znalazł się! Był pod Rogozową, przy niewyraźnym rozstaju mocno zarośniętych ścieżek, na postrzępionej granicy rolno-leśnej, w miejscu, do którego bez gps-a nie trafiłbym po raz drugi. Odnalazłem go późnym popołudniem, gdy dolina pogrążała się już powoli w ciemności. Kiedyś na kamiennym postumencie stał pewnie krzyż, później utrącony, przez co dzisiaj na samym szczycie znajduje się niewielki, prosty, płaskorzeźbiony wizerunek świętego. Na drugi dzień rano przyszedłem tu jeszcze raz, żeby utrwalić w pamięci atmosferę tego miejsca, która ma w sobie coś z prasłowiańskiego świętego gaju.

A teraz najlepsza część historii. Po powrocie do domu zajrzałem do pewnej książki, w której znajduje się jedyne znane mi zdjęcie owego Jana zagubionego. Szybko porównałem tę fotografię z moim znaleziskiem. Nie trzeba było zresztą specjalnie wytężać wzroku. To nie był ten sam Jan…

Trzydzieści milimetrów

Pogórze Ciężkowickie z Siedlisk do Kołaczyc

Pojechałem na Pogórze zabierając ze sobą jedynie trzydziestkę. I tym razem nie chodzi wcale o plecak, ale o obiektyw. Wysiadłem z autobusu w Siedliskach, wyciągnąłem aparat, popatrzyłem na chmurkę, na ptaszka, kwiatka, tudzież na górę w oddali i… poczułem się jak ostatnia sierota. No bo jak to teraz będzie? Jak ja w ogóle jakieś zdjęcie zrobię? Jak przybliżę – oddalę? Gdzie pierścień magiczny na obiektywie? Gdzie pstryczek dyskretny przy spuście migawki, którym w lewo i w prawo, a świat posłusznie do przodu – do tyłu? I dlaczego nie zabrałem kompakta, tak na wszelki wypadek, żeby w potrzebie się poratować? Żałość, przygnębienie, postępująca depresja. To pewne, że jeszcze przed Brzanką straciłem sto najwspanialszych kadrów swojego życia. Za masztem przekaźnikowym na Narożu zdecydowałem, że nie zrobię już nigdy żadnego zdjęcia. Czytaj dalej

Dom nie do końca opuszczony

Na pierwszy rzut oka wszystko się zgadzało. Każdą z oznak opuszczenia sprawdziłem po wielokroć i z najwyższą dokładnością. Nie było dymu z komina. Droga dojazdowa zarośnięta. Płot w stanie szczątkowym. Kable energetyczne zerwane. Brak szczekających burków, a psia buda przewrócona na bok. Brak kur grzebiących, indyków gdakających, kaczek kwaczących i przeciągających się leniwie kotów. Brak sznurków z praniem. Lokalizacja też wskazywała na opuszczenie. Zarastająca polana daleko od wsi, prawie pod samym Liwoczem. Kiedyś było tutaj może samotne siedlisko, ale dziś nikt już tu nie mieszka, to pewne. Dom drewniany, zrębowy, pokryty strzechą. Rarytas. Początek XX wieku, może nawet końcówka dziewiętnastego stulecia. Przejść obok i nie zajrzeć to jest po prostu nieprzyzwoitość. Za rok pewnie już go nie będzie. A więc zaglądam. Czytaj dalej

Świątek z dziupli

Zatrzymujemy się w polach pomiędzy Ryglicami a Kowalową. Na rozstaju dróg, pod starą lipą stoi krzyż z kapliczką. Krzyż betonowy, takich nie lubię, na szczęście drewniana kapliczka dodaje mu trochę ciepła. Od strony samotnego gospodarstwa idzie w naszą stronę kobieta z małą dziewczynką. Babcia i wnuczka, jak się okazuje. Obydwie bardzo rozmowne. Więc państwo tak po kapliczkach sobie jeździcie? Ta tutaj to jak Maryni marły krowy, do kościoła poszła bidula, a tam ksiądz proboszcz jej mówi: postaw Marynia kapliczkę, to się zły urok odwróci. Jak ksiądz powiedział, tak Marynia zrobiła, i krowom jak ręką odjął. Ale to jak już tak jeździcie, to tam za górką, do tego pierwszego domu po prawej stronie jedźcie, tam taka furtka, za nią będą pieski i taki pan sam tylko z matką mieszka, a obok tego domu jest kapliczka w drzewie, bardzo stara i nikt o niej nie wie, bo ona w tym drzewie i nie widać jej wcale. Czytaj dalej