Archiwum kategorii: Miejsca czarowne

Sen o Dolinie

Ostatnia noc we Wróblińcu. W śnie Magdy zostałem kaczką. Wraz z kilkoma kolegami latam sobie radośnie nad Stawami Milickimi, nie tracąc z oczu mojej dzielnej dziewczyny, która gdzieś w dole maszeruje wytrwale po groblach, polach i lasach. Nagle widzę, że zaczyna machać do nas gwałtownie rękami i krzyczeć: wyciągnij aparat, wyciągnij aparat! Okazało się, że trafiła na ukryte w jakichś szuwarach stado pelikanów. Zanim się zorientowałem, o co chodzi, pelikany uciekły. Latamy dalej. Teraz widzę, że Magda się zgubiła. Wszystko przez mapę, która działała w ten sposób, że mówiło jej się, gdzie się chce iść, a ona rysowała na sobie trasę. Ale tym razem mapie coś się pomyliło. Czym prędzej wysłałem na magdową ścieżkę wielką kolorową chmurę, która po chwili ułożyła się w strzałkę wskazującą właściwą drogę. Potem mój bohaterski mały piechur dotarł do miasteczka. Na rynku trwał właśnie festyn. Jego główną atrakcją był wielki, różowy kapelusz. Ten kapelusz był dla ptaków w Dolinie (czyli poniekąd także dla mnie). Miał zostać podniesiony do góry, a potem zrzucony na Stawy. Wszyscy ludzie w miasteczku dyskutowali tylko o tym, czy kapelusz spodoba się ptakom. Na tym sen się urywa. Od siebie mogę powiedzieć, że nie mam nic przeciwko wielkim, różowym kapeluszom.

Czytaj dalej

Dębologia stosowana

Dęby nad Baryczą dzielą się na te, które podziwiam, które lubię i których się boję. Dęby pierwszego rodzaju uczęszczały do solidnej, pruskiej szkoły z nieogrzewanym internatem i nadreprezentacją przedmiotów wojskowych. Dotrwały do końca nauki i otrzymały świadectwo z wyróżnieniem. Teraz maszerują równymi rzędami wzdłuż parkowych alei, grobli i dróg. Piorun, choroba, piła i starość czynią w ich szeregach straszliwe wyrwy. Słabsze nie nadążają, padają, osuwają się na pobocze, do rowów, albo wprost do wody, jeśli kolumna zmierza akurat przez wąską groblę. Silne pozostają niewzruszone. Im więcej wokół spustoszeń, tym bardziej dziarsko zadzierają konary. I trwają. Są jak napoleońska Stara Gwardia, która nie cofa się nigdy. Te dęby podziwiam.

Czytaj dalej

Siedząc nad morzem
Kilka dni nad Bałtykiem

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Nie wiem, od jak dawna tu siedzę. Chyba jednak długo, bo czuję, jakbym powoli wrastał w gorący, biały piasek. Bawi mnie myśl, że z daleka mogę wyglądać jak jeden z tych pieńków, które morze wyrzuca na brzeg w czasie sztormu. Spory, ale jednak pieniek. Kilka metrów przede mną fale miarowo uderzają o brzeg. Woda za każdym razem się cofa (rozczarowanie), za to dźwięk biegnie dalej, w stronę lądu. Gdzieś tam, na piaszczystej drodze w sosnowym lesie, jest miejsce, w którym szum morza spotyka się z szumem wiatru i drzew. Szukam tego miejsca od dawna, ale na razie niewiele z tego wychodzi. Maszeruję drogą, słyszę ląd, a potem zawsze jest ten moment nieuwagi, po którym nagle okazuje się, że to już nie ląd słyszę, ale morze. Jakby w tym kluczowym miejscu ktoś stukał mnie pałką w głowę, powodując chwilowe zamroczenie. Trudno jest przydybać morze w ten sposób. Nie wiem też, czy są jakieś inne sposoby.

Czytaj dalej

Zegar w Murawkach

Nad kominkiem stoi niewielki, stylowy zegar, który tyka sobie dyskretnie i miarowo przez cały dzień i noc. Drewniana skrzynka z mnóstwem małych i dużych kółeczek, sprężynek i drucików. Tyle zabiegów tylko po to, żeby skrzynka miarowo tykała. Chyba, że chodziło tu jeszcze o coś więcej? Jakieś dodatkowe funkcje poza tykaniem? Być może wiedziałem coś o tym wczoraj, przedwczoraj, kiedyś, ale teraz to jest tylko niejasne wspomnienie, którego nie potrzebuję i któremu pozwalam odpłynąć w niebyt. Czytaj dalej

Zamek

Pierwsza myśl Jaki on piękny! W ciepłym świetle przedpołudnia zamek promieniał radosną czerwienią. Czerwona aura otaczała każdy załom muru i każdy postrzępiony fragment ściany. Wyglądało to tak, jakby zamkowe mury od wielu dni chłonęły wrześniowe słońce po to, by teraz zabłysnąć własnym blaskiem, przefiltrowanym wcześniej pracowicie i po wielokroć przez każdą czerwoną cegłówkę. Kwintesencja ceglanej czerwieni warmińsko-mazurskiej. Gotyckiej, choć niekoniecznie. Krzyżacko-pruskiej, choć nie zawsze. Dostojnej w wydaniu zamkowo-kościelnym i bezpretensjonalnej w murach starych domów i stodół. Ciemnej i ponurej pośród ciężkich chmur. Mieniącej się tysiącem odbić i odblasków, gdy skąpać ją w strugach wczesnojesiennej ulewy. Albo ciepłej i radosnej, takiej, jak tego dnia w Szymbarku. Czytaj dalej