Archiwum kategorii: Miejsca czarowne

Pogranicze

Na leśno-łąkowym pustkowiu za Wólką Żmijowską szukam śladów dawnej osady. Śladów nie ma, kuszą za to stojące w pobliżu graniczne słupy. Podchodzę chyłkiem w ich stronę, czując, jak we krwi coraz bardziej buzuje adrenalina. Ekscytacja jest tak wielka, jak ongiś, podczas wycieczki szkolnej na Czantorię, kiedy kilku z nas zdobywało szlify prawdziwego mężczyzny, łamiąc wszelkie zakazy i przechodząc na kilka kroków w głąb terytorium bratniej Czechosłowacji. Trzydzieści lat później ta sama adrenalina powoduje, że mój umysł cofa się do poziomu średnio rozgarniętego uczniaka. Dobry los czuwa jednak nade mną i pozwala wrócić w głąb rodzimego kraju w stanie nienaruszonym. W tym samym czasie lotny patrol Straży Granicznej przesłuchuje czekającą na mnie nieopodal Magdę. Skąd? Dokąd? Na jak długo? Po co właściwie? A czy na pewno po to?

Czytaj dalej

Kasina, jesień i nocne pociągi

Pierwsze godziny jesieni. Deszcz, mgła i chłód. Stara stacja kolejowa w Kasinie wygląda w tej scenerii jak kadr z nostalgicznego filmu o pożegnaniach, samotności i ludzkiej niedoli. Budynek powoli znika w wieczornym mroku, otulony szpalerem kasztanowców. Kasztany nad głową, kasztany pod nogami. Jutro rano Magda wyzbiera je wszystkie, przemykając zgrabnie między kałużami i przemakając przy tym niemal do suchej nitki.

Spałem już na peronie i na kilku halach dworcowych, ale nigdy na stacji przerobionej na pensjonat. W naszym pokoju była może kasa biletowa, a może poczekalnia. Pijemy kawę, jemy ciastka i zastanawiamy się, ilu ludzi przewinęło się przez to miejsce od 1880 roku, kiedy otwarto kolej. Ja myślę o chłopach z górskich przysiółków, którzy porzucili galicyjską nędzę i wyruszyli w tułaczkę do Nowego Świata. Magda – o Żydach wywożonych przez Niemców.

W pensjonatowej biblioteczce znalazłem przewodnik Krygowskiego po Beskidach z 1965 roku. Jest tam napisane, że Kasina ma zadatki na miejscowość letniskową, a jej niezaprzeczalny atut to elektryfikacja. Muszę się zgodzić, że elektryfikacja znacząco ułatwia pobyt w Kasinie. Rezygnujemy z niej dopiero przed północą. A po północy stało się coś nieoczekiwanego. Przez stację w Kasinie przejechał pociąg. Linią, która od lat oficjalnie jest już zamknięta i którą otwiera się jedynie na kilka letnich kursów turystycznych w stylu retro. Ale ta nocna, jesienna lokomotywa spalinowa z kilkoma wagonami towarowymi była jak najbardziej prawdziwa. Następnej noc to samo, tym razem około dwudziestej drugiej. Austriacy transportują wojsko na front wschodni? Czy my o czymś nie wiemy???

Sen o Dolinie

Ostatnia noc we Wróblińcu. W śnie Magdy zostałem kaczką. Wraz z kilkoma kolegami latam sobie radośnie nad Stawami Milickimi, nie tracąc z oczu mojej dzielnej dziewczyny, która gdzieś w dole maszeruje wytrwale po groblach, polach i lasach. Nagle widzę, że zaczyna machać do nas gwałtownie rękami i krzyczeć: wyciągnij aparat, wyciągnij aparat! Okazało się, że trafiła na ukryte w jakichś szuwarach stado pelikanów. Zanim się zorientowałem, o co chodzi, pelikany uciekły. Latamy dalej. Teraz widzę, że Magda się zgubiła. Wszystko przez mapę, która działała w ten sposób, że mówiło jej się, gdzie się chce iść, a ona rysowała na sobie trasę. Ale tym razem mapie coś się pomyliło. Czym prędzej wysłałem na magdową ścieżkę wielką kolorową chmurę, która po chwili ułożyła się w strzałkę wskazującą właściwą drogę. Potem mój bohaterski mały piechur dotarł do miasteczka. Na rynku trwał właśnie festyn. Jego główną atrakcją był wielki, różowy kapelusz. Ten kapelusz był dla ptaków w Dolinie (czyli poniekąd także dla mnie). Miał zostać podniesiony do góry, a potem zrzucony na Stawy. Wszyscy ludzie w miasteczku dyskutowali tylko o tym, czy kapelusz spodoba się ptakom. Na tym sen się urywa. Od siebie mogę powiedzieć, że nie mam nic przeciwko wielkim, różowym kapeluszom.

Czytaj dalej

Dębologia stosowana

Dęby nad Baryczą dzielą się na te, które podziwiam, które lubię i których się boję. Dęby pierwszego rodzaju uczęszczały do solidnej, pruskiej szkoły z nieogrzewanym internatem i nadreprezentacją przedmiotów wojskowych. Dotrwały do końca nauki i otrzymały świadectwo z wyróżnieniem. Teraz maszerują równymi rzędami wzdłuż parkowych alei, grobli i dróg. Piorun, choroba, piła i starość czynią w ich szeregach straszliwe wyrwy. Słabsze nie nadążają, padają, osuwają się na pobocze, do rowów, albo wprost do wody, jeśli kolumna zmierza akurat przez wąską groblę. Silne pozostają niewzruszone. Im więcej wokół spustoszeń, tym bardziej dziarsko zadzierają konary. I trwają. Są jak napoleońska Stara Gwardia, która nie cofa się nigdy. Te dęby podziwiam.

Czytaj dalej

Siedząc nad morzem

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Nie wiem, od jak dawna tu siedzę. Chyba jednak długo, bo czuję, jakbym powoli wrastał w gorący, biały piasek. Bawi mnie myśl, że z daleka mogę wyglądać jak jeden z tych pieńków, które morze wyrzuca na brzeg w czasie sztormu. Spory, ale jednak pieniek. Kilka metrów przede mną fale miarowo uderzają o brzeg. Woda za każdym razem się cofa (rozczarowanie), za to dźwięk biegnie dalej, w stronę lądu. Gdzieś tam, na piaszczystej drodze w sosnowym lesie, jest miejsce, w którym szum morza spotyka się z szumem wiatru i drzew. Szukam tego miejsca od dawna, ale na razie niewiele z tego wychodzi. Maszeruję drogą, słyszę ląd, a potem zawsze jest ten moment nieuwagi, po którym nagle okazuje się, że to już nie ląd słyszę, ale morze. Jakby w tym kluczowym miejscu ktoś stukał mnie pałką w głowę, powodując chwilowe zamroczenie. Trudno jest przydybać morze w ten sposób. Nie wiem też, czy są jakieś inne sposoby.

Czytaj dalej