Archiwum kategorii: Noce w innych miejscach

Liście opadają

Październikowa noc na Pazurku, pod szczytem zalesionego wzgórza na południe od drogi wolbromskiej. Od wschodu wzgórze urywa się kilkunastometrową, wapienną ścianą. Pozostałe stoki, przepaściste i strome, robią miejsce dla jednej tylko ścieżyny, która kluczy w pocie czoła, żeby doprowadzić na sam koniec wąskiego, skalnego cypla. Przyszedłem tutaj z zamiarem nałapania do hamaka opadających liści. Biwak rozstawiałem, czy też raczej rozwieszałem w ciemności, pośród dobiegającego zewsząd szmeru. Liście opadały na potęgę. Kiedy wiatr się nieco wzmagał, szmer gęstniał w powietrzu, żeby po chwili zamienić się znowu w delikatny, wszechobecny szelest. W duchu zacierałem już ręce, wyobrażając sobie, jak wczesnym rankiem będę się wygrzebywał spod wielkiej, kolorowej pryzmy. Potem usnąłem. Rano po rozsupłaniu zapiętego szczelnie śpiwora wyjrzałem na świat skąpany w bukowych czerwieniach i żółciach. W hamaku były dwa liście i litr porannej mgły. Za to wszędzie wokół nasypało za kostki. Nic z tego nie rozumiem.

W drodze powrotnej na leśnej ścieżce znalazłem nierozpakowanego snickersa. Spożyłem go niezwłocznie, choć myślałem w tamtym momencie raczej o cieście drożdżowym ze śliwkami. Człowiekowi nie dogodzisz.

Niebo nad Babią

Wczesne sierpniowe popołudnie. Przedpokój, tuż przed wyjściem na busa. Magda: to gdzie będziesz spać? Ja: na Babiej Górze. Magda: w tych wrzosach? Ja: nie, raczej w borówkach. Magda: niedźwiedzie lubią borówki…

Przez całą drogę do Zawoi zastanawiałem się, jak to jest ze mną i z niedźwiedziami. Wydawało mi się, że miałem swojego czasu z nimi jakiś układ, ale czy on jeszcze obowiązuje, tego nie wiem. Na szczęście na samym Diablaku zebrało się jeszcze kilku miłośników nocnych posiadów. Jako wielbiciele samotności (to się od razu wyczuwa) czuliśmy się we własnym towarzystwie niezbyt komfortowo. W zapadającym powoli mroku staliśmy sobie to tu, tam – ot, potencjalne niedźwiedzie przekąski kiwające się w rytm coraz silniejszych podmuchów wiatru. Burknąłem potem coś w rodzaju no to dobranoc, usłyszałem w odpowiedzi cudownie nietowarzyskie ehmmm i zszedłem trochę niżej w poszukiwaniu jakiegoś miejsca do spania. Tymczasem im dalej w noc, tym większa wichura. Niebo w kilku fascynujących odsłonach. Późnym wieczorem czyste, z księżycem prawie w pełni. Potem gdzieś wysoko pojawiły się niezwykle zwinne kłaczki. Po północy pod kłaczkami zaczęły przemykać stwory puchate i nieco bardziej stateczne w swoich ruchach. Potem jeszcze coś się pojawiło. W pewnej chwili miałem wrażenie, że nad moją głową przepływają jednocześnie trzy warstwy chmur, każda inna i w swoim własnym tempie. Wiatr szalał dalej próbując wyrwać kępę kosówki, za którą się rozłożyłem. Nad ranem od południa na Babią zaczęły napierać potężne kłęby mgły z wyraźnym zamiarem przewrócenia jej albo przynajmniej przesunięcia. Nic z tego jednak nie wyszło. Mgła zniknęła tak, jak się pojawiła, a na wschodzie niebo przecięła bardzo ładna i długa purpurowa rysa. Wschód słońca był z gatunku tych mniej spektakularnych, ale na mnie i tak robi to zawsze tak samo mocne wrażenie – jeszcze raz wstało, pomimo wszystko. Z niedźwiedziami szczęśliwie się rozminęliśmy. Przypuszczam, że tej nocy wszystkie siedziały w domach i grzały się przed kominkiem.

Góra Tajemnic

Pogórze Rożnowskie z noclegiem pod Mogiłą

Fasolka się przypaliła, a otwartą butelkę z wodą niechcący kopnąłem i wszystko się wylało. To był ostatni moment, żeby stamtąd uciekać, ale nie, zostałem, ruszać mi się już z miejsca nie chciało. Zresztą gdzie niby miałem iść? Po jednej stronie Mogiła. Góra tajemnic, usypana z drobnych kamyków przez nieszczęśnika, któremu zmarła po ciężkiej chorobie ukochana narzeczona. Gdzieś obok grób szwedzkich jeńców wojennych z czasów potopu, których nasi załatwili, nie chcąc się z nimi dzielić jedzeniem. Następny grób w miejscu bliżej nieustalonym, gdzie chłop rozbójnik zabił babę, co targała worek mąki z młyna w Rudzie Kameralnej do Woli Stróskiej. Z workiem mąki przez taką górę – kawał baby to musiał być, ale i tak nie dała rady. A jeszcze miasto Godów, które zapadło się kiedyś pod ziemię, a teraz od czasu do czasu kusi zabłąkanych chłopów, podtykając im pod nogi a to jakąś zagrzebaną w ziemi piwniczkę z rarytasami, a to zagubione na śródleśnej polanie poletko z dobrym zbożem, a to ukryty pod pniakiem bagnet, kufel albo zakorkowaną flaszkę z dziwnym płynem w środku. Wszystko to oczywiście mogą być duby smalone i bajki wyssane z palca. Ale nawet po odstawieniu na bok zrozpaczonego młodzieńca (prawdopodobnie nieszkodliwy), Szwedów, Polaków co wykończyli Szwedów, chłopa rozbójnika, baby z workiem mąki i upiorów z Godowa, pozostaje jeszcze casus niejakiej Bocheńskiej, z domu Kawłowskiej. Owa pobożna kobieta próbowała dostać się na Mogiłę, aby odmówić tam różaniec, taki bowiem nakaz otrzymała któregoś razu we śnie. W trakcie dwóch wypraw na górę tajemnic spotkała dziwnego, starego chłopa z wielką brodą, który zaraz potem znikł w tajemniczy sposób, następnie panny tańczące w lesie, młodzieńca snującego się między drzewami i do tego jeszcze jakieś dziecko, co niby do Bocheńskiej się wyrywało, ale zaraz na powrót znikało w mrocznych ostępach. Na samej Mogile groch przez nią rzucany nie spadał na ziemię, ale leciał prosto do nieba i już nie wracał. Kto wie, co by się jeszcze wydarzyło, gdyby nie była Bocheńska na te wycieczki zaopatrzona w wodę święconą, kropidło i gromnicę. Nie wspomnę nawet, jak do tego arsenału ma się puszka po przypalonej fasolce, pusta butelka plastikowa i dwa batony zbożowe, niepoświęcone. Ale w ten czwartek około godziny dwudziestej drugiej odsunąć się od Mogiły znaczyło przysunąć się do starego cmentarza cholerycznego w Tropiu i do pustelni św. Świerada, niepogodzonego ze swoim ciałem ascety, który jakoś nigdy nie wzbudzał mojego szczególnego zaufania. Wybór zatem niby jest, ale… Czytaj dalej

Hamak w stronę księżyca

Na wschodzie Stołowa Góra urywa się nagle i bez ostrzeżenia, opadając w dół stromymi, wysokimi na kilkanaście metrów zboczami. Na śniegu majaczą księżycowe cienie buków i wapiennych skał. Pod jedną z nich coś niecierpliwie szura i szeleści. Wygląda na to, że niechcący obudziłem rodzinę leśnych myszy. Paluszki mam zgrabiałe od wiązania linek i napinania karabinków. Próbuję zapamiętać abstrakcyjne wzory, które na zmrożonym niebie wydrapują czarnymi pazurami konary rozkołysanych na wietrze buków. Potem szukam w głębi śpiwora jakiegoś ciemnego miejsca, w którym uda mi się przegonić spod zamkniętych powiek księżycowe odblaski. O czwartej nad ranem gdzieś w dole odezwał się puszczyk. Odezwał się i nie zamilkł aż do wschodu słońca. Rano zbieram się po cichu, żeby nie obudzić myszy. Jest niedziela i mają święte prawo pospać sobie trochę dłużej. Kiedy odchodzę, puszczyk zamilkł. Wokół zapada głucha cisza, a mnie wydaje się, że słyszę w niej dobiegające spod mysiej skałki miarowe pochrapywanie.

Czekając na zimę

Wysoka, piaszczysta skarpa nad dopływem Białej Przemszy nadaje się bardziej na letnie pikniki niż do wypatrywania zimy. Słońce, rozgrzany piach, pachnące żywicznym aromatem sosnowe szyszki i wbijające się w tyłek igliwie – tak. Zaspy, zawieje, śnieżyce i mróz – raczej nie. A jednak siedzę tu w połowie stycznia i czekam na prawdziwą zimę, która podobno ma przyjść właśnie dziś, a najdalej jutro. Czytaj dalej