Archiwum kategorii: W fotelu

Kultowe książki i oswajanie Bouviera

Zone-de-silence-2Raz już kiedyś zabierałem się za Oswajania świata Nicolasa Bouviera. Pamiętam, że rozsiadłem się wygodnie w fotelu, ale coś jeszcze mnie podkusiło, żeby spojrzeć na tekst z tylnej okładki (czego staram się nigdy nie robić, przynajmniej nie przed przeczytaniem książki). A tam od razu to nieszczęsne zdanie, że Oswajanie wkrótce po wydaniu …stało się świętą księgą, biblią tych, dla których podróże… Dalej już nie czytałem. Książka wróciła na półkę, gdzie przeleżała następne dwa lata. Bo książki uznane przez kogoś za kultowe (a zwłaszcza uznane za biblie w jakiejkolwiek dziedzinie) mają u mnie ciężki żywot. Dla samej zasady lądują zawsze na samym końcu czytelniczej kolejki. Książki kultowe w ten sposób pokornieją i smutno im się robi. Przynajmniej tak mi się wydaje. W ten oto prosty sposób głupia przekora i jej nieodłączny brat upór od lat zubożają mi życie intelektualne, które i bez tego sączy się ledwie wątłym strumykiem przez wysuszony padół ignorancji.

Na szczęście tej jesieni zakończyłem arbitralnie wyznaczony okres kwarantanny na Bouviera i przeczytałem jednym tchem Oswajanie świata, a potem całą resztę: Rybę-Skorpiona, Kronikę japońską, Pustkę i pełnię i Dzienniki z wysp Aran. Na koniec przyprawiłem to wszystko wywiadem-rzeką z autorem (Drogi i manowce). I co? Otóż, ogłaszam niniejszym wszem i wobec, że są to w większości książki zasługujące na miano kultowych. Nie muszę chyba dodawać, że kiedy ja tak twierdzę, nie można z tym dyskutować.

Siedzę teraz nad zeszytem lektur (bardzo gruby) i zastanawiam się, co by tu można wybrać jako esencjonalne podsumowanie do Bouviera. Czy Fiata Topolino, narzędzie wędrówki z Oswajania, którym zdobywa się górskie przełęcze w Persji zapuszczając jedynkę, a potem maszerując obok pnącego się mozolnie w górę auta? Jedyny to chyba przykład podróżowania nie tyle samochodem, co z samochodem. A może epizod z Cejlonu? Miasto-widmo opanowane przez czarną magię, gdzie na schodach kościoła Bouvier spotyka zakonnika, który, jak się potem okazało, nie żył już od kilku dobrych lat? A może Japonia? Imponuje mi wysiłek, jaki Bouvier włożył w zrozumienie tego kraju, mając przecież przez cały czas świadomość, że zadanie to jest z gruntu beznadziejne. I tak poszło mu dużo lepiej niż Terzaniemu, którego kraj kwitnącej wiśni przyprawił o ciężką depresję. Czy Japonia z premedytacją nęka Włochów, zaś francuskojęzycznych Szwajcarów obdarza trudną i szorstką miłością? Intrygująca myśl. Ale jednak nie. Nie będzie to nic ze stron odległych i egzotycznych. Po brutalnej selekcji cytatów z zeszytu lektur (bardzo grubego) zostaje mi ten jeden, z irlandzkich wysp Aran. Jest najprostszy, najkrótszy i najbardziej mi się podoba: Nigdy nie jest tak, że niczego nie ma – nawet jeśli jest tylko trochę skał, mgła, wiatr i deszcz – to już jest przecież dostatecznie wiele. I pomyśleć, że mogłem to przeczytać już dwa lata temu…

* * *

Nicolas Bouviera (daty pierwszych wydań): Oswajanie świata (1985), Kronika japońska (1989), Pustka i pełnia (2004), Ryba-Skorpion (1982), Dziennik z wysp Aran i innych miejsc (1982), Drogi i manowce (1992). Wszystkie wydane u nas przez Noir sur Blanc.

Na zdjęciu Bouvier w Fiacie Topolino w czasie kultowej podróży przez Azję. Źródło: http://www.carnetdart.com/zone-de-silence/, dostęp 2015-12-31.

My z Napoleonem

Przynajmniej raz w roku muszę przeczytać coś napoleońskiego. Tym razem jest to biografia Napoleona pióra Andrew Robertsa. Tom gruby, starannie wydany, samo trzymanie go w rękach to już wielka przyjemność. Wewnątrz osiemset stron doskonałej literatury historycznej, wspaniale wyważonej między przystępną narracją i solidną faktografią. Sięgam po te książki, bo wciąż mam nadzieję, że opisywana po wielokroć historia za którymś razem potoczy się w końcu inaczej. Napoleon nie wkroczy do Hiszpanii. W 1812 roku przejdzie wprawdzie Niemen, ale spędzi zimę na Litwie, a jeśli już wydarzy się historia z marszem na Moskwę, to przynajmniej po bitwie pod Małojarosławcem Francuzi nie wrócą na drogę smoleńską, ale ruszą na Kaługę. W 1815 szefem sztabu napoleońskiego będzie Berthier, a Davout znajdzie się u boku cesarza w czasie kampanii belgijskiej, zamiast siedzieć za biurkiem w Paryżu. Blücher po bitwie pod Ligny nie posłucha Gneisenaua i wycofa się na wschód, a pod Waterloo zamiast niego wczesnym popołudniem pojawi się w oddali korpus Grouchego. Pokonany Wellington okryje się wieczną niesławą, na wieść o klęsce Anglików car Aleksander dostanie zawału i cała koalicja antynapoleońska rozsypie się jak domek z kart. Na taką właśnie książkę czekam i w żadnym razie nie chcę jej przegapić. Kiedy już się pojawi – doczytam ją spokojnie do końca, a potem wyjrzę przez okno na piękny i kwitnący departament francuskiej Cesarskiej Unii Europejskiej – większy i bogatszy od każdego z kilkunastu rozciągających się za Odrą państewek niemieckich, które nigdy nie zdołały się zjednoczyć. Potem jeszcze raz wspomnę z rozczuleniem ostatni rok studiów historycznych – ach, historia współczesna, same nudy, właściwie nic ciekawego po 1815 roku, i z tą myślą poprawię wiszący na ścianie portret Cesarza Napoleona V. To jest korekta historii, której wyglądam z utęsknieniem i niesłabnącą nadzieją. Dla takiej wersji wydarzeń skłonny jestem uwierzyć we wszechświaty równoległe, choć z tego, co wiem, teoria ta miewa się ostatnio słabo.

* * *

Andrew Roberts, Napoleon Wielki, Wydawnictwo Magnum, 2015.

Tytuł wpisu zaczerpnięty z książki profesora Andrzeja Nieuważnego, My z Napoleonem, Wydawnictwo Dolnośląskie, 1999.

Wpływy obce

Moje poglądy i przekonania są na tyle ogólne, że właściwie ich nie ma. Nie boleję nad tym szczególnie – poglądy i przekonania to w końcu jedynie wytwór umysłu, ergo po stronie materii nie istnieje w tej kwestii nic, co można by w sposób realny posiadać. Z takiego podejścia bierze się jednak ryzyko ulegania wpływom. Ja na przykład ulegam wpływom książek. Doświadczam tego od wielu lat, na różne sposoby i z niesłabnącą przyjemnością. Weźmy na przykład większą część tegorocznej wiosny i lata, które upłynęły pod znakiem Petera Wattsa. Skądinąd doskonała fantastyka naukowa, z naciskiem na naukowa. Ale ponieważ Watts, z wykształcenia biolog morski, jest redukcjonistą, ja także stałem się nim po kilku tygodniach lektury. Ciało – to zbiór cząsteczek x, y, z. Ja – to jedynie x + y + z. Myśl błąkająca się w ciele to tylko zwykła interakcja neuronów, a towarzysząca myśli emocja bierze się po prostu z aktywności tego czy tamtego enzymu. Trochę mnie to wszystko zaniepokoiło, bo co innego nie mieć poglądów, a co innego przyjąć, że jest się zaledwie z grubsza uporządkowanym składem budowlanym mniej lub bardziej skomplikowanych molekuł. Jeśli biologia współczesna stała się domeną redukcjonizmu, to gdzie zaszył się holizm? Otóż – w fizyce współczesnej. Dla przywrócenia dobrego samopoczucia musiałem zatem przedrzeć się przez kilka książek Paula Daviesa, nie najnowszych wcale, ale napisanych już w atmosferze owej błogiej niepewności, w jaką naukowców wtrąciły odkrycia fizyki kwantowej. Chwała niech będzie zasadzie nieoznaczoności! Jak to zwykle bywa ze mną i z książkami z serii Na ścieżkach nauki, zrozumiałem mniej więcej czwartą część tekstu, ale to wystarczyło, żeby wróciło do mnie błogie przeświadczenie o tym, że dwa dodać dwa w swojej najgłębszej istocie niekoniecznie równa się cztery. Odetchnąłem z nieukrywaną ulgą. Płynąca z tego nauka dla ludzi bez konkretnych poglądów jest taka: jeżeli zabierasz się za jakąkolwiek literaturę napisaną przez współczesnego biologa, musisz mieć w podręcznej apteczce przynajmniej pięćset stron z zakresu współczesnej fizyki albo najlepiej kosmologii.

* * *

Redukcjonista Peter Watts, Trylogia Ryfterów: Rozgwiazda (2011), Wir (2011), Behemot (2013), Wydawnictwo Ars Machina; tegoż autora: Odtrutka na optymizm (2013), Ślepowidzenie (2013), Echopraksja (2014), Wydawnictwo Mag.

 Holista Paul Davies: Bóg i nowa fizyka (2006, Cyklady), Milczenie gwiazd (2013, Prószyński i S-ka), Kosmiczny projekt (2014, Copernicus Center Press).


Doścignąć minione

Uwagi na marginesie książki Andrzeja Stasiuka Wschód

Kolejny pielgrzym podróżujący na wschód w nadziei, że można tam znaleźć odpowiedzi na wszystkie pytania. A przynajmniej na większość. Tak, jakby ten Wschód rzeczywiście za wszystko odpowiadał. Jakby nasze pokręcone losy od tego tylko zależały, że na Wschodzie Oni kiedyś wstali ze swoich legowisk, przeciągnęli się przed jurtami, popatrzyli na lewo i prawo, po czym, na nasze, dziedziczone potem z dziada na ojca, z ojca na syna nieszczęście, ruszyli właśnie tu, do tych pagórków leśnych, do tych łąk zielonych. Czyngis-chan, Tamerlan, Ruscy, teraz Chińczycy. I to przez nich właśnie takie a nie inne są wspomnienia synów i córek tej ziemi, taka a nie inna pamięć miejsc, zapachów i wrażeń z nadbużańskich brzegów, z zapuszczonej lewobrzeżnej Warszawy i z beskidzkiej dziczy pod Wołowcem.

A może właśnie dobrze, że się wybrali? Że zadali sobie tyle trudu, żeby dotrzeć? Bo co by było, gdyby nie nadciągnęli? Kogo byśmy ganiali przez te pola malowane zbożem rozmaitem? Przeciw komu spiski i powstania, na kogo kosy, przed kim strach, przez kogo wieczne tułactwo? Tak jest, bez nich nie bylibyśmy sobą. Kimś innym na pewno tak, ale to przecież już nie byłoby to samo. A tak w ogóle – co tam jest, na tym Wschodzie, kiedy już się przejedzie te tysiące kilometrów? Rozpad, opuszczenie i dogorywanie. Wielki Eksperyment nie powiódł się i wszystko powoli wraca do punktu wyjścia, w którym jest tylko pustka i wiatr.

Co ciekawe, Oni też tam dalej są. Wstają rano ze swoich legowisk, przeciągają się przed jurtami, patrzą na lewo i prawo. A może w ogóle nigdy się stamtąd nie ruszyli? Może to wszystko się nie wydarzyło? Albo wydarzyło się, tylko zupełnie inaczej? Przecież przeszłość istnieje tylko w naszych głowach. A wiadomo, jak to jest z ludzkimi głowami. Dobra głowa każdego ranka może sobie wymyślać nową przeszłość. Czy jest w takim razie coś, co istnieje na zewnątrz naszych głów? Jak najbardziej. Pustka i wiatr.

* * *

Andrzej Stasiuk: Wschód, Wyd. Czarne, Wołowiec, 2014.


Ulotne piękno

O książkach Kawabaty Yasunariego

Yasunari_Kawabata_c1946

Kwiat rozkwita. Ptak przysiada na gałęzi. Księżyc wyłania się zza chmur. Pierwszy śnieg pokrywa zbocze góry. I wszystko to zaraz ulatuje, zgodnie ze swoją naturą. Bo przecież nic nie jest trwałe. Żałować owego ulotnego piękna, wspominać je czy też tęsknić za nim, to znaczy – nie rozumieć natury życia. Próbować piękno zatrzymać – trud sam w sobie nieszkodliwy, jeśli czynić to ze świadomością, że piękno zatrzymane w słowach, na płótnie czy na fotografii to jedynie złudzenie. Wspomnienie czegoś, czego już nie ma, a nie rzecz sama w sobie. Wyobrażać sobie, że piękno można nie tylko zatrzymać, ale i posiadać – to już myśl całkiem kuriozalna, zasługująca jedynie na współczucie wobec umysłu, który ją zrodził.

Ludzkie sprawy wzięte w nawias. Toczą się z wolna małe i duże dramaty, ale tytuły rozdziałów brzmią: Skrzydła cykady, Kasztan, Zimowa wiśnia, Woda o poranku, Wiosenne dzwony, Dom ptaka, Rój komarów, Jesienna ryba… To takie subtelne i eleganckie przypomnienie o tym, że podczas gdy my mocujemy się w naszych umysłach z mniej lub bardziej chorymi urojeniami, świat wokół jest po prostu taki, jaki jest. Piękny i ulotny. Doskonały. I niczego mu nie brakuje. Czytaj dalej