Archiwum kategorii: W fotelu

Japończycy w mojej głowie

Moi drodzy Japończycy,

Piszę ten list po trzech miesiącach żmudnej lektury, która miała mnie doprowadzić do częściowego przynajmniej zrozumienia japońskości. Zacząłem od krótkiej serii literatury pięknej, podsuniętej przez nieocenioną w takich sytuacjach Madzię1. Pierwsze wnioski były takie, że Wy tam u siebie w zasadzie niewiele się różnicie od nas tutaj. Takie samo poszukiwanie miłości. Żądza władzy ta sama. Przyjemności i słabości – podobne. Głupota nie inna. Zamiłowanie do piękna równie żarliwe. Takie samo okrucieństwo i zatrważająca biegłość w budowaniu obozów koncentracyjnych. Inna jest oczywiście kultura. Inne sposoby na to, aby radzić sobie jakoś z tymi wszystkimi namiętnościami tak, żeby się przy tym nie pozabijać. Ale kultura to w końcu twór całkowicie sztuczny. Jeśli to już się wie, to naprawdę dużo łatwiej jest zrozumieć nie tylko Was, ale w ogóle każdego. Czytaj dalej

Jakieś nieokreślone coś

Trudność, z jaką przychodzi mi próba opisania jakiegoś nieokreślonego czegoś z książek Mitchella jest podobna do tej, która pojawia się przy próbie złapania komara po ciemku. Leżę wieczorem w łóżku, a komar brzęczy mi koło ucha. Macham rękami, zapamiętale boksując powietrze, kołdrę, ścianę, a w końcu także własne czoło, nos i policzki. A on ma to gdzieś. W końcu zrywam się z miejsca i włączam światło. Wtedy okazuje się, że komara nie ma. I nie będzie go aż do chwili, gdy wyłączę światło, ułożę się wygodnie z powrotem i już – już zacznę zapadać w sen. Tak samo jest tutaj. Czytaj dalej

Gram o tron

SAM_8450
Pięć tysięcy trzysta czterdzieści stron. Trzydzieści cztery centymetry regału. Traktaty o zen i kultowe tytuły podróżnicze wyrzucone do ciemnego kąta. Czekają na lepsze czasy. Bo ja teraz gram o tron. Większa część wiosny, lato, jesień i kawałek zimy na dokładkę. Trup ściele się gęsto, krew płynie strumieniami, miecze i włócznie śmigają zewsząd w drodze do celów zamierzonych lub przypadkowych. Ogień i lód. Magia i czary. Wilkory i smoki. Muminki nie przeżyłyby tutaj nawet jednego przedpołudnia… Jeśli zaś chodzi o mnie, to wciąż nie wiem, co dalej. Wygląda na to, że Martin zamierza pisać do upadłego, cokolwiek to może w jego przypadku oznaczać. Czy jestem na półmetku całej historii? Czy może ledwie na początku? Czy zbliżam się do końca, który zapewne nie będzie dla nikogo szczęśliwy? Nie wiem nic. Pozostaje jedynie cieszyć się, że ciągle żyję i że w grze o tron nie zwróciłem jeszcze na siebie uwagi kogoś z większym mieczem albo cięższą maczugą. I bez tego moje szanse na przetrwanie w Westeros wydają się nikłe. Czytaj dalej

Góra wyprostowanych chodziarzy

Colin Thubron, Góra w Tybecie. Wydawnictwo Czarne, Wołowiec, 2014.


Stworzona z czystego światła Góra Kajlas przyleciała na tybetańsko-hinduskie pogranicze z odległej krainy zamieszkanej przez bogów. Nie ma w tym niczego dziwnego, wiele tybetańskich gór potrafi latać. Ale żeby Kajlas została w tym miejscu, gdzie jest, trzeba ją było najpierw okiełznać jak dzikie zwierzę. I tak bezimienni przodkowie dzisiejszych pielgrzymów opletli Górę sznurami z modlitewnymi flagami, a Budda przybił ją do ziemi czterema odciskami swych stóp. Jednak w obecnych czasach duchowego zamętu to mocowanie nie jest już pewne. Góra może po prostu odlecieć. Mogą też ją porwać pod ziemię demony, które od wielu wieków czekają tylko na taką okazję. Skutki zniknięcia Góry są trudne do przewidzenia. Kajlas to axis mundi, środek świata, bez niej znana nam rzeczywistość prawdopodobnie uległaby rozpadowi. Czytaj dalej

Wypisy z Pilcha

Jerzy Pilch, Drugi dziennik. Wydawnictwo Literackie, Kraków, 2014.

Pierwsze Dzienniki to była książka o starzeniu się. Dzisiaj myślę, że przegapiłem całą jej ważność, prześlizgując się ledwie po powierzchni i robiąc wypisy z fragmentów najbardziej banalnych i błahych. To był październik 2012 roku. Zachwycałem się wtedy pilchową umiejętnością formułowania krótkich, czasem dosadnych, zawsze błyskotliwych i z reguły mocno ciętych komentarzy, puent, podsumowań i ripost. Dokładnie takich, jakie chciałoby się mieć na języku w trudnych momentach bezpośredniej konfrontacji z głupotą i chamstwem, a które w moim przypadku przychodzą do głowy dopiero po tygodniu albo dwóch po takim czy innym wydarzeniu, kiedy po kolejnej nieprzespanej nocy doznaję olśnienia: tak, właśnie tak powinienem wtedy powiedzieć! Widać tamtej jesieni miałem czegoś dość i chciałem temu czemuś rzucić w twarz ostatnie słowo, a potem odwrócić się na pięcie i odejść w milczeniu przed siebie, zostawiając za plecami audytorium kompletnie oszołomione, zdruzgotane i bez nadziei na powrót do pozornej choćby normalności. Z ukrytych kompleksów i samczej genetyki biorąca się chęć dominacji, z kompleksów zresztą także zrodzona zawiść i zazdrość, że taki Pilch na przykład to tak potrafi dosolić, że ech…

Ale przez te dwa lata wygasła we mnie wszelka namiętność do komentowania rzeczywistości, a wraz z nią ulotniło się gdzieś zapotrzebowanie na broń werbalnego masowego rażenia. Ogarnął mnie nastrój kontemplacyjny i nie w głowie mi już udowadnianie czegokolwiek komukolwiek. W temacie Pilcha był oczywiście niepokój o to, co z wiślańskiego lutra zostanie, kiedy go tak na okoliczność obecnego stanu mojego ducha oprawię i żywcem wypatroszę z kąsków co bardziej jadowitych i rubasznych. Kilka, kilkanaście stron było tego niepokoju, stron rozłożonych niefortunnie i ryzykowanie na parę wieczorów nazbyt od siebie oddalonych, ale na koniec ulga i głębokie westchnienie. Tak, Pilch jest w porządku. Pilcha można czytać. Może nawet można go teraz czytać lepiej. Tak właśnie postanowiłem. Będę teraz czytał Pilcha o wiele lepiej. Czytaj dalej