Archiwa tagu: Beskidy

Trzy mosty na Popradzie i babka piaskowa

Szczawnica-Przehyba-Głęboki Jar-Niemcowa-Piwniczna-Krynica, 92km/+4300m

Jadę w Sądecki, żeby zbierać pozostałości po letniej inwentaryzacji. Tu kapliczka, tam pomnik, jeszcze gdzie indziej krzyż. Wszystko rozrzucone w nieładzie między Szczawnicą i Krynicą. Linia łącząca te miejsca układa się w nietypowy trawers moich ulubionych gór. Szykuje się przejście nie-kanoniczne, bez Dzwonkówki, Radziejowej i Łabowskiej. Parchowatka z trudem jakoś się jeszcze załapie, ale Praszywka już nie. Będzie Jaworzyna Krynicka, ale to mała pociecha, bo na Jaworzynę chodzę trochę jak na cmentarz – odwiedzić górę, z której duch już uleciał. Na miejsce wielkich nieobecnych wskakują nigdy jeszcze nie oglądane Wietrzne Dziury i Głęboki Jar, no i przede wszystkim Pusta Wielka. I jeszcze coś. Ta trasa trzy razy przekracza Poprad. Mówiąc krótko, nieźle jak na wyjazd w ramach pracy. Czytaj dalej

Główny Szlak Beskidzki, część druga

Mochnaczka – Wołosate, ok. 250km/+11200m

Niedziela, 19 maja

Trochę odpoczynku, a trochę stres i nerwy przed jutrzejszym wyjściem. Znowu obawy i czarne myśli. Zdecydowałem się na wymianę butów. Zamiast rozklejających się ale nieprzemakalnych (chwilowo) Salomonów zabieram Inovejty. Słabo rozchodzone i bez membrany, ale przynajmniej są w jednym kawałku. Czytaj dalej

Główny Szlak Beskidzki, część pierwsza

Ustroń – Mochnaczka, ok. 270km/+13000m

Piątek, 10 maja

Główny Szlak Beskidzki im. Kazimierza Sosnowskiego. Najdłuższy znakowany szlak górski w Polsce. Łączy Ustroń i Wołosate, trawersując po drodze większą część naszych Beskidów od Beskidu Śląskiego po Bieszczady. Znakowany na czerwono. Długość według przewodnika (wyd. Compass) 496 km, według tabliczki w Wołosatym 492km, mój gps po wyczyszczeniu śladu pokazał ostatecznie 517 km. Tak czy inaczej, klasyk.

Idę z zachodu na wschód. Wybór kierunku motywowany ideologicznie. Na wschodzie, jak mi się zdaje, jest mądrzej. Przewidywany czas przejścia 16-17 dni, przy średniej około 35 km na dzień i jednym dniu przerwy w Mochnaczce, gdzie umówiłem się z Magdą. Przejście na lekko, bez kuchni i biwaku, choć ze śpiworem, materacem i ponczem, które w razie czego może posłużyć jako namiot. Ciężar plecaka szacuję na około 7 kg bez jedzenia i picia.

Wyruszam jutro. Ostatni tydzień – nerwy i stres, dzień po dniu. Nie wychodzę biegać, nie słucham Dwójki, nie czytam książek. Jestem, a jakby mnie nie było. Tylko podstawowe funkcje życiowe, reszta zawieszona w stanie oczekiwania. To oczekiwanie robi się w końcu nieznośne. Od jakiegoś momentu jest mi już wszystko jedno jaka będzie pogoda, byle tylko jechać i zacząć w końcu wędrówkę. Wolę od razu utaplać się w błocie i deszczu, niż przesiedzieć jeszcze jeden dzień w domu. A szanse na błoto i deszcz rosną wraz z każdą aktualizacją pogody. Czytaj dalej

Zasypie nas, zawieje

Prawie dwa tygodnie w Niżnej Mochnaczce

Zasypie nas tutaj, to pewne. Zasypie nas i zawieje. I bardzo dobrze. Taka mała, śnieżna katastrofa. Od małego o tym marzyłem. Nie robić nic, tylko patrzeć, jak śnieg sypie i sypie. Najpierw zakryje chodniki i drogi, krzaki i rabatki, potem podejdzie powoli do drzwi, jeszcze później do okien. Wtedy będziemy musieli przenieść się na górę, do Pokoju Morskiego. Magda się ucieszy. Czekam cierpliwie. Wieczorem maszeruję z psami w stronę Krynicy. Droga ginie w ciemności pośród smaganych wiatrem, zaśnieżonych pól. Gdzieś na wschodzie, po drugiej stronie doliny, piętrzy się w gęstwinie nocy Lackowa. Trochę strach, ale jesteśmy dobrze zaopatrzeni. Jest kiełbasa krakowska, konserwa turystyczna, trochę kawy, herbata i krówki z Biedronki. Są zapałki. Gospodyni na pewno ma świece. Do marca przeżyjemy. Codziennie rano wyglądam za okno, żeby ocenić, ile dosypało. Któregoś dnia zgarniamy z tarasu wywrotkę śniegu. Ale po prawie dwóch tygodniach poddaję się. Sypie za wolno. Gdybyśmy zostali jeszcze z dziesięć dni, może dałoby radę nie wyjechać do wiosny. Ech…

Czytaj dalej

Pierwsza zima

Jaworki-Obidza-Eliaszówka-Piwniczna-Pisana Hala-Frycowa, 39km/+1867m

Pierwsza zima przyszła w tym roku w pierwszym tygodniu grudnia. Pojechałem wtedy w Beskid Sądecki. Znowu. Pomyślałem przy tym, że jeżeli zabiorę ze sobą rakiety, to w górach będzie masa śniegu. Nie zabiorę rakiet, ergo śniegu nie będzie. Wciąż próbuję z magią sympatyczną, że niby podobne wywołuje podobne. U pierwotnych się sprawdzało, u rozwiniętych nie chce. Miałem trochę czasu żeby o tym pomyśleć, kiedy wspinałem się z wolna z Jaworek w stronę Obidzy. Czytaj dalej